wtorek, 26 lipca 2011

Bomba

Witaminowa bomba znaczy. Zabawy nieco ze zbieraniem było, bo czarna porzeczka nieco czasochłonna, ale warto - ja uwielbiam. W wykonaniu proste, jak przysłowiowa budowa cepa (na marginesie, ciekawe ile osób jeszcze wie jak cep jest zbudowany, ba! ile wie do czego to narzędzie służy).


Składniki:
  • 2kg czarnych porzeczek
  • 1 kg cukru
  • 2 opakowania żel-fixu 2:1 (ja dałam 1,5 opakowania) - lubię żel-fix bo dzięki temu krótko się gotuje owoce i mało witamin się traci

Wykonanie:
Umyte i oczyszczone porzeczki wymieszałam z żel-fixem, zagotowałam, dodałam cukier, gotowałam jeszcze minutę. Cały czas trzeba mieszać. Po minucie wyłączyłam, zdjęłam powstałą pianę i wpakowałam dżemik do wyparzonych słoików, postawiłam je do góry dnem i poczekałam, aż całkowicie ostygną. Koooniec!

Przetwory i potwory

- Mamo co robisz?
- Przetwory...
- A jakie?
- Owocowe...
- One zjadły owoce?
- Ale kto?
- No te potwory...


No więc dziś ciąg dalszy przetworów-potworów. U Kabamigi dopadłam ostatnio frużelinę wiśniową. Jako, że to mój ukochany dodatek do gofrów czy naleśników wszelkiej maści, czym prędzej postanowiłam ją wykonać. No, ale co ślepemu po oczach. Zobaczyłam składniki i poleciałam robić. Jak się później okazało nie do końca wyszło to tak jak Karolinie. Ale nie marudzę, bo moja też pyszna, a dodatkowo mam galaretkę wiśniową. 


Składniki na frużelinę wiśniową:
  • 3kg wiśni 
  • 75dkg cukru
  • 1,5 opakowania żel-fixu

Wykonanie:
Wiśnie wydrylowałam, 2 kg wrzuciłam do gara, wsypałam pół szklanki cukru i podgrzałam tak, aby puściły sok. Tu się zorientowałam, że Kabamaiga zrobiła to z 1kg wiśni, więc pozmieniałam proporcje nieco. Podgrzane wiśnie odcedziłam na sicie, tak aby spłynął z nich cały sok. (Nie wyciskałam soku do cna, bo stwierdziłam, że z tych wiśni zrobię galaretkę) Sok podgrzałam dodając do niego resztę cukru. Gdy cukier się rozpuścił dodałam pozostały 1kg surowych, wydrylowanych wiśni. 1,5 opakowania żel-fixu wsypałam do soku z wiśniami i wedle przepisu na opakowaniu gotowałam minutę. Szybko do słoików, zamknęłam, postawiłam do góry dnem i pozwoliłam ostygnąć. Pycha! 


Składniki na galaretkę, czyli nic nie może się zmarnować:
  • wiśnie z odrobiną soku, który w nich został z frużeliny
  • 50dkg cukru, a właściwie to do smaku - mus próbować
  • 0,5 opakowania żel-fixu
Wykonanie:
Wiśnie z sokiem zmiksowałam blenderem na gładką masę, podgrzałam, dodałam cukier, gdy się rozpuścił dodałam żel-fix, gotowałam minutkę i do słoików. Wyszły mi 2 słoiki.

czwartek, 21 lipca 2011

Przewrót majowy i coś na upały

"11 maja 1926, hotel "Bristol", nr 208

Nazywam się Mimi. Jestem née Bączkowska, a po mężu Bigourdan. Mam lat 20 (powiedzmy), trzy tysiące franków, kufer-szafę amerykańską i jestem, co tu dużo gadać, śliczną blondynką. Nareszcie zdołałam się wyrwać na miesiąc do mojej ukochanej, tak dawno niewidzianej Warszawy. (...)"


Tymi słowami Magdalena Samozwaniec zaczyna „Kartki z pamiętnika młodej mężatki”. Przedstawiła wydarzenia rozgrywające się w maju 1926 roku w Warszawie widziane oczami młodziutkiej i, nie ukrywajmy, głupiutkiej i nieco infantylnej Mimi – Polki, która wyszła za mąż za Francuza i na stałe mieszka w Paryżu. Przyjeżdża odwiedzić ukochaną Warszawę, na czas wizyty zamieszkując w hotelu Bristol. Z jego okien obserwuje, co się dzieje na ulicach. Bohaterka nie ma pojęcia jaka jest sytuacja w kraju, nie zna się na polityce, mało się zna nawet na życiu. Jej świat to piękne stroje, fryzjer, flirty. We Francji czeka na nią Armand – mąż-nudziarz, a w Warszawie jest Kazio – sypiący komplementami flirciarz. „(…)Nie chcę zdradzać Armanda, ale ten Kazio tak pięknie, tak fascynująco mówi o miłości! (…)”

A tu nagle za oknem zaczyna się wojna. Mimi całym sercem jest za Polakami, nie mając pojęcia, że w rzeczywistości to wojna polsko-polska. Kule sypią się jak grad, słychać huk wystrzałów. Kazio nie daje znaku życia, a biedna, mała Mimi wie tyle, ile usłyszy od obsługi hotelu. Dorabia więc sobie sama historię wydarzeń na ulicach. Niechybnie jakiś wróg zaatakował jej ukochaną Polskę. „(…) Czyżby Niemcy? Les Boches? – zaświtało mi w głowie. Tak wkroczyć, bez wypowiedzenia wojny! Do czego to podobne?!...(…)”. W swym naiwnym serduszku Mimi kibicuje „naszym” ze wszystkich sił. Śpiewa w duchu patriotyczne pieśni, podziwiając siebie samą za odwagę. Bohatersko uchyla firankę, by choć skubnąć tego co się dzieje na ulicach „(…) Widziałam jeńców.  Łajdaki widać umyślnie poprzebierali się w polskie mundury, aby łatwiej im było wedrzeć się do Warszawy. (…)”

Czy warto przeczytać „Kartki z pamiętnika młodej mężatki”? Warto, warto! Książeczka to malutka, ale humor poprawia w mig, mimo że traktuje przecież o temacie niezbyt do żartów się nadającym. W prezencie dostajemy też opowiadanko o tym, jak kokietować doktóra. Posłowie napisał znany dziennikarz Jan Wróbel, tak więc warto i to przeczytać. Książka jest ilustrowana zarówno zdjęciami przedstawiającymi autorkę, jaki i wydarzenia majowe. Polecam!



Kartki z pamiętnika młodej mężatki
Magdalena Samozwaniec
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2011
 
A na deser LODY!

Ostatnio pogoda robi mi na złość. Zaplanowany wyjazd nie wyszedł, bo burze. Wczoraj upał, pojechaliśmy nad Zalew, ale przegoniła nas kolejna burza. Wieczorem z nudów zrobiłam lody morelowe z myślą, że dziś znów upały będą, ale złośliwie na niebie gruba kołdra chmur. Ale lody i tak zjemy, bo pyszne! Inspiracja z przepisu znalezionego tu:

Składniki: 
  • 1/2 kg świeżych moreli
  • 1/2 szklanki wody
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego jasnego
  • 1 szklanka śmietany kremówki 36%
  • 3 krople ekstraktu migdałowego
  • kilka kropli świeżo wyciśniętej cytryny
  • 2 łyżki uprażonych płatków migdałów - dodałam drugim razem - pycha!


Wykonanie:
Morele umyć, wypestkować, pokroić na drobne kawałki. Do rondla wlać pół szklanki wody i wrzucić pokrojone owoce. Doprowadzić do wrzenia i gotować 8 minut. Chwilę przestudzić. Dobrze ciepłe owoce przetrzeć je przez sito i wsypać cukier. Mieszać aż się rozpuści. Ostudzić i do chłodnego przecieru dodać śmietanę, 3 krople ekstraktu migdałowego i kilka kropel soku z cytryny. Z braku maszynki do lodów wstawiłam miskę z masa do zamrażalnika i co pół godziny miksowałam, tak aby rozbić duże kryształki lodu. Wyszły pyszne! Świeże i orzeźwiające. 



środa, 20 lipca 2011

Morelkowo wciąż...

Dziś ciąg dalszy morelek. Ale ciągle nie koniec tematu. Żeby za długo się nie rozpisywać - morele w syropie. Póki co na trzy sposoby.


Składniki (proporcje na 1kg owoców wypestkowanych)
  • 1 kg moreli dojrzałych, ale twarde
  • 60 dag cukru
  • 0.4l wody
  • cytryna 
  • goździki


Wykonanie:
Morele umyć, podzielić na połówki, wyjąć pestki.Ułożyć ściśle w słoiku. Z wody i cukru ugotować syrop. Gorącym syropem zalać owoce, dodać dodatki wedle uznania - plasterki cytryny, goździki. Zamknąć słoiki i pasteryzować 15 minut. 




wtorek, 19 lipca 2011

Trelki morelki

Czyli coś dla dzieci. Z myślą o Zuzce - postanowiłam dla niej też zamknąć odrobinę lata w słoiczku. - przecier morelkowy. Do deserów, ciastek, kisielków, jogurtów...

Składniki:
  • 1kg moreli
  • 50g cukru


Wykonanie:
Wybieramy ładne, dojrzałe i nieuszkodzone owoce, najlepiej z pewnego źródła. Myjemy dokładnie, osuszamy i usuwamy pestki. Na dno rondla wlewamy troszkę wody, żeby nie przypalić owoców i wkładamy na to morelki. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy na malutkim gazie do czasu, aż morele będą bardzo miękkie. Miękkie owoce przecieramy przez gęste sito i leciutko dosładzamy. Mi wyszło 1.2l przecieru i dodałam 50g cukru (100g na 1litr przecieru). Gorącym przecierem napełnić słoiki i pasteryzować 20-30 minut.

Do akcji morelkowej :)



Trele morele

U mnie czas przetworów. A u Was? Też kombinujecie w jakiej formie przechować owoce i warzywa? Ja na razie owocowe szaleństwo. Porzeczki, wiśnie, morele... To tak na pierwszy rzut. 
Na początek pyszna konfitura z moreli z prażonymi migdałami. 


Składniki:
  • 1kg wypestkowanych moreli
  • 1kg cukru żelującego
  • sok z 1 cytryny
  • 5 łyżek płatków migdałowych


Wykonanie:
Uprażyłam na suchej patelni płatki migdałowe na złoto. Trzeba ich pilnować i zdjąć z patelni, jak już będą złote, żeby się nie spaliły. 


Morele wypestkowałam, pokroiłam na dosyć drobne kawałki i wrzuciłam do gara. Zasypałam je cukrem żelującym, wcisnęłam sok z całej cytryny (bez pestek). Owoce z cukrem postawiłam na gazie, doprowadziłam do wrzenia ciągle mieszając i gotowałam 4 minuty nie przerywając mieszania. Po tym czasie wyłączyłam gaz, wsypałam uprażone płatki migdałowe i dokładnie wymieszałam. Gorące nałożyłam do wyparzonych słoików, szybko zakręciłam i postawiłam do góry dnem do całkowitego wystygnięcia. 


Próbując zeżarłam pół słoika. Mniodzio!
Przepis dołączam do Kabamaigowej akcji ;)



czwartek, 14 lipca 2011

Gniazdko na śniadanie

Szybkie śniadanie dla miłośników szpinaku. Jako, że należę do nich to staram się zawsze mieć żelazny zapas zamrożonego szpinaku. Najlepiej swojego i najlepiej nie w postaci papki. A wtedy, jak tylko przychodzi mi ochota, sięgam po niego i w niecałe 10 minut mam pycha śniadanko.

Składniki:
  • 200g szpinaku świeżego bądź mrożonego
  • 2 jajka
  • ząbek czosnku
  • sól
  • kolorowy pieprz
  • kropelka oliwy

Wykonanie:
Na patelnię wlać oliwę i podsmażyć na niej delikatnie ząbek czosnku. Jak będzie złoty to dorzucić do niego szpinak i lekko osolić. Chwilę podsmażyć. Uformować ze szpinaku gniazdko i wbić w nie jajko, posolić, popieprzyć. Smażyć pod przykryciem do czasu, aż białko się zetnie, ale żółtko będzie płynne. I tyle. Smacznego :)

środa, 13 lipca 2011

O tym jak czytanie wpływa na apetyt

Od dzieciństwa kocham czytać. Słowo pisane jest dla mnie jednym z wyższych dóbr. Co poniektórzy wiedzą,  że próbowałam swych sił w pisaniu, ale brak mi konsekwencji, skutkiem czego mam w szufladzie ze trzy zaczęte powieści, kilkanaście kawałków opowiadań, mnóstwo nieskończonych nowelek. Tym bardziej podziwiam osoby które piszą „do końca”.
Z moim czytaniem nie raz było tak, że noc przeciekała między palcami, bo wsiąkałam w książkę tak mocno, że nie zauważałam mijających godzin do czasu, jak zdziwiona stwierdzałam że jasność zza okna zastępuje mi lampkę. Albo mama wchodząca o 3 nad ranem do mnie do pokoju z pytaniem „Dlaczego nie śpisz i się tak głośno śmiejesz… aha… czytasz „Lesia”… no to dobranoc” i zrezygnowana szła spać nie namawiając mnie do wzięcia z siebie przykładu. Nie muszę chyba dodawać, że czytam przy jedzeniu. Zawsze! (no chyba, że goście są to się powstrzymuję… ledwo, ale zazwyczaj daję radę).
Ja po prostu kocham czytać!


Dlatego ucieszyła mnie propozycja współpracy z serwisem Bobyy.pl. Same przyjemności przede mną. Po pierwsze poczytam! A po drugie opowiem Wam tutaj o wrażeniu, jakie wywarła na mnie przeczytana książka.
Na pierwszy ogień idzie „Długi weekend” Wiktora Hagena… Chyba to taki prezent dla mnie. Bo i kryminał i gotowanie i nawet archeologia! Po prostu pan Hagen napisał książkę dla mnie. Do tego napisał ją w bardzo fajny sposób.
Robert Nemhauser – główny bohater, komisarz warszawskiej policji, świetny ojciec bliźniaków – Cyryla i Metodego (tu go podziwiam i pocieszeniem dla mnie jest to, że w porównaniu z bliźniakami mój Szymek wcale nie bywa „aż tak” niegrzeczny) , lubiący gotować i udzielający się w roli kucharza w knajpce „Czarny Tadek” swojego przyjaciela. I oto naszego bohatera czeka naprawdę długi weekend majowy. Żona Nemhausera  musi jechać do Amsterdamu na szkolenie, od którego zależy jej kariera zawodowa. Z, delikatnie mówiąc, niezbyt grzecznymi bliźniakami musi zostać nasz komisarz. Ciocia Jadzia, przedszkolanka bardziej zasługująca, wg naszego komisarza, na miano Baby Jagi, zmusza go niemal siłą, by chłopcy nie przychodzili do przedszkola przez cały długi weekend. Jasiu, właściciel „Czarnego Tadka” błaga bo, by gotował w tych dniach, bo spodziewa się wizyty surowego krytyka kulinarnego, od którego zależy „być albo nie być” restauracji. A tu jeszcze trup za trupem. A cały wydział, łącznie z Mariem – współpracownikiem Nemhausera, wyjechał na długi weekend. Tak więc jak już pisałam, przed Robertem Nemhauserem kilka długich dni. Jedyne co mu sprzyja to wyludniona Warszawa, bez korków, za to, niestety, z manifestacjami majowymi. Kto zabił ekologa i archeologa? No i dlaczego? Porachunki osobiste? Zdradzana żona? Zginęli przez przepychanki polityczne? A może rozwiązanie jest jeszcze inne…


Wiktor Hagen napisał naprawdę fajną książkę. Czyta się ją lekko i przyjemnie. „Długi weekend” jest drugą częścią przygód Nemhausera, ale myślę, że sięgnę również po część pierwszą. Mogłabym na siłę czepić się kilku szczegółów, ale po co? Książka jest napisana spójnie, z dużą dawką humoru, tak jak lubię. Bohaterzy też barwni i ciekawi. Warszawa świetnie opisana, czuć klimat. Naprawdę polecam „Długi weekend”, a Wiktor Hagen wchodzi od teraz w grono lubianych przeze mnie pisarzy.

Długi Weekend
Hagen Wiktor
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2011


Czytając "Długi weekend" niektóre opisy przygotowania potraw brzmią jak gotowy przepis. Czuć, że autor kryminalnej przecież powieści, wie również co się robi w kuchni. Jedną z potraw, przygotowywanych przez Nemhausera w kryzysowej sytuacji, było Spaghetti Aglio Olio e Peperoncino. Jako, że uwielbiam tą prostą, ale jakże smaczną potrawę postanowiłam zrobić ją dziś na kolację i tym samym podsumować przeczytaną książkę.


Składniki dla 2 osób:
  • 250g makaronu spaghetti 
  • 8 łyżek oliwy 
  • 6 ząbków czosnku
  • 1 papryczka chili świeża (czasem używam suszonych peperoncino, które dostałam od znajomego kucharza, ale z nimi trzeba naprawdę ostrożnie, bo te maleństwa są zabójcze)
  • natka pietruszki - opcjonalnie


Wykonanie:
Żeby wszystko poszło jak najsprawniej najlepiej zrobić to danie w następującej kolejności:
Nastawiamy wodę na makaron, solimy ją. W czasie jak się gotuje obieramy czosnek i kroimy go na cienkie plasterki. Chili kroimy wzdłuż i usuwamy z niego pestki i białe błonki (chyba, że ktoś lubi zabójczo ostre dania to jego wybór), kroimy papryczkę w cieniutkie paseczki. Siekamy natkę pietruszki. W tym czasie woda nam się zagotowała. Wrzucamy do niej makaron i gotujemy wg przepisu na opakowaniu, al dente. Na patelnię wlewamy oliwę i do ZIMNEJ oliwy wrzucamy czosnek i chili. 5 minut przed końcem gotowania się makarony podpalamy ogień pod patelnią i smażymy na malutkim ogniu do czasu, aż czosnek się nie będzie złoty. Nie możemy dopuścić, by zbrązowiał, bo stanie się gorzki i niejadalny. Ugotowany makaron odcedzamy, wrzucamy z powrotem do garna, dodajemy do niego oliwę z czosnkiem i papryczką, natkę pietruszki, mieszamy dokładnie i podajemy od razu. PYCHA! 


A tak jeszcze się pochwalę. Dziś wyszedł  drugi numer magazynu Polska gotuje, a w nim mój przepis i krótka wzmianka o Trzaskach w kuchni ;)



sobota, 9 lipca 2011

Kalejdoskop marzeń i ravioli

Jamie Oliver potrzebując świeżych ziół do kolejnej prezentowanej potrawy po prostu się odwraca i zrywa kilka liści bazylii, gałązkę tymianku, otwiera okno, a tam jakby nigdy nic rośnie sobie laur. Jako maniak chili hoduje je w doniczkach i nie musi jak ja ostatnio jeździć po całym mieście, żeby zrobić spaghetti. W serii "Jamie w domu" zakochałam się w jego ogrodzie warzywnym. Świetny pod tym względem jest klimat angielski z łagodnymi zimami, gdzie w listopadzie zbierał sobie świeżutką rukolę. Naoglądam się takich programów, a  później zamiast spać to przed oczami kalejdoskop marzeń. I nie zazdroszczę wcale Jamiemu, że jest najbogatszym kucharzem Anglii, że pozostawił za sobą Gordona Ramsay'a. Tylko właśnie wtedy snują mi się w głowie marzenia o moim wymarzonym domku - Aleksandrii. I wiecie co? Może to głupie, ale gdybym wygrała w lotto, to nie wybudowałabym wielkiej willi z basenami, kortami czy innymi gadżetami.Być może Aleksandria urosłaby o dosłownie kilkanaście metrów, ale pozostałaby dalej małym, białym domkiem, na jakiejś cichej wsi. Na razie nie ma o czym mówić, bo szanse na wygraną mam mniej więcej takie,  jak ten Icek co Pana Boga o wygraną prosił, a Bóg mu na to "Icek ty daj mi szansę, ty kup los!". Czasem daję Panu Bogu szansę, póki co nie skorzystał z nich...
No, ale nie o to teraz chodzi. Chodzi przecież o marzenia, a te mogę mieć bez złamanego grosza. No i mam ten domek wymarzony, pokoje już umeblowane w myślach, w kuchni spiżarnia, na zewnątrz taras, kawałek trawniczka, jakieś duże drzewo liściaste nieowocowe (tak wiem, że niepraktyczne, że liście, że praca, ale kocham drzewa liściaste, nic nie poradzę), jakieś kwiatki, skalniak, iglaki... I ogródek warzywny. I tak jak Jamie... wychodzę i rukola, sałata jedna druga, tam dynia, tu cukinia, tu groszek cukrowy, tam fasolka... I zioła, całe zatrzęsienie ziół! Kolendra moja, pietruszka, szczypiorek, czosnek, bazylia, oregano, cząber....i mnóstwo innych. 
A do tego jeszcze grill taki wielki, kamienny, taki piec, z wędzarnią najlepiej. I wielki stół. Na zewnątrz i w domu. Bo bardzo bym chciała, żeby mój dom żył. Żeby był jak tak jak bukowy dom z "Sielanki o domu" Bukowiny. Żeby jednocześnie był moim schronieniem, ale też miejscem które znajomi lubią odwiedzać, w którym czują się dobrze. Marzenia... Póki co nie mam nawet balkonu, zioła hoduję w kilku doniczkach na parapecie (laur też, a co! Nie tylko Jamie może!), a warzywa wysiałam sobie u teściowej na działce. Też jest dobrze i nie narzekam. Chyba już to mówiłam, ale powtórzę - lubię moje życie. Ale na pewno pomarzę sobie dziś przed snem o tym domku moim... 

A teraz druga część tytułu, czyli ravioli. Pociągnęłam temat bobu, bo jeszcze trochę go leżało w lodówce. I trochę kombinując z tego co było pod ręką. Bób, zioła, mąka, jajko, kawałek twarogu, trochę żółtego sera... Wymyśliłam ravioli z bobu. Wyszło, jak dla mnie świetne, jak dla Męża Trzaski "za bardzo czuć miętę", ale on po prostu za miętą w daniach wytrawnych nie przepada.  


Składniki:
Ciasto:
1,5-2 szklanki mąki
1 jajko
2 łyżki oleju
szczypta soli
letnia woda 

Farsz:
250g ugotowanego, wyłuskanego bobu
100g twarogu
50g sera żółtego
sok z 1/2 cytryny
2 łyżki oliwy EVO
po troszku świeżych ziół - ja dałam bazylię, cząber, miętę, oregano, kolendrę i natkę
kilka ziaren kolorowego pieprzu
sól do smaku


Wykonanie:
Z mąki, wody, oleju, jajka i soli zagniotłam sprężyste ciasto i rozwałkowałam je na cieniutki placek. Kto ma magiczną maszynkę do makaronu tym lepiej dla niego. Bób zagotowałam do miękkości, wydłubałam z łupinek i potraktowałam blenderem razem z resztą w/w składników. Zioła dodawałam na oko, do smaku.Ciastowy placek podzieliłam na dwa równe kawałki. Na jednym łyżeczką poukładałam nadzienie w odległości około 4 cm - na każdy pierożek łyżeczka nadzienia. Drugą płachtą ciasta powoli i luźno przykryłam pierwszą warstwę, pozwalając by ciasto poopadało naokoło nadzienia i dotykało pierwszej warstwy. Nożem do pizzy pokroiłam ciasto pomiędzy nadzionkiem na kwadraciki. Każdy z nich skleiłam dociskając widelcem. Takie pierożki wrzucałam na osolony wrzątek na 4 minuty, wyciągałam i od razu podałam. PYCHA!

piątek, 8 lipca 2011

Bobytka

Walka z nudą, czyli wariacje na temat bobu. Połączyłam dwie rzeczy które uwielbia mój Mąż Trzaska - kopytka i bób. Docenił! Pochwalił wielce. Szczery do bólu Szymon podsumował je jednym słowem "pysne!"


Składniki:
· 1 kg bobu (waga surowego)
· 300g mąki 
· 1 jajko
· sól

 

Wykonanie:
Bób wrzucamy do posolonego wrzątku i gotujemy do miękkości. Odcedzamy i przepuszczamy taki jeszcze mocno ciepły przez praskę do ziemniaków. Ja przedtem wyłuskałam bób z łupinek. Pozwalamy ostygnąć purée. Wbijamy jajko i zagniatamy z mąką. Powinniśmy uzyskać miękkie, ale nie klejące się do dłoni ciasto. W miarę potrzeby można dosypać mąkę. Z ciasta formujemy wałeczki i tniemy na skos jak... kopytka. Wrzucamy na osolony wrzątek i gotujemy 5 minut od wypłynięcia. 


Pyszne zarówno prosto z wody polane oliwą lub roztopionym masłem, jak i odsmażone na złoto.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Urodzinowo

Mąż Trzaska postarzał się o kolejny rok. W ramach podwójnej okazji imieninowo-urodzinowej zrobiłam malutką imprezkę. Przepisy w większości sprawdzone i znane już z tego bloga. Na przystawkę były tortille z patelni z paprykowo-ziołowym nadzieniem i różowa sałatka z buraczków i młodych ziemniaków - obydwa przepisy zapewne niedługo się tu pojawią. Na obiad zupa krem pomidorowa i udka z kurczaka z przepisu z dnia tatowego, wzmocnione jedynie chili. Na deser tort - odsłona druga. Przepis na biszkopt już sprawdzony na urodziny mamy. Szymek zażyczył sobie, żeby tort koniecznie był biały - znaczy z bitą śmietaną i bez czekolady w nadzieniu. Nie lubi... Więc wedle życzenia:


Składniki:
8 jajek
1 szklanka cukru pudru
1,5 szklanki mąki
opcjonalnie kilka łyżek kakao

3 opakowania 400ml śmietany 30% (ja użyłam piątnicy, bo nigdy mnie nie zawiodła)
6 łyżek cukru pudru
3 opakowania cukru wanilinowego 

owoce 
syrop z brzoskwiń do nasączenia tortu
masa kajmakowa - kupiłam gotową, bo jest pyszna
     
    
Wykonanie:
Z białek ubić sztywną pianę, dodać połowę cukru i ubijać dalej, aż zrobi się błyszcząca i twarda.
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem do białości. Utarte żółtka dodać do białek i wymieszać delikatnie rózgą. Mąkę przesiać. Do masy jajecznej dodawać powoli partiami przesianą mąkę, mieszać rózgą do czasu uzyskania gładkiej masy bez grudek. Dno tortownicy (ja użyłam takie o średnicy 25 cm) wyłożyć papierem do pieczenia i wlać do niej masę. Włożyć do piekarnika nagrzanego do 160C i co jakiś czas zwiększać temperaturę do 180C. Piec ok. 45 minut lub do suchego patyczka.

 
Dobrze schłodzoną śmietanę ubić z cukrem pudrem i cukrem wanilinowym. Ja ubijałam partiami - na każde 400ml śmietany dawałam 2 łyżki cukru pudru i jedno opakowanie cukru wanilinowego. 

Zimny biszkopt przekroić na trzy części. Spód nasączyć 3/4 szklanki syropu z brzoskwiń (z puszki) rozrobionym z woda w proporcjach 1:1. Na to rozsmarować cienką warstwę kajmaku. Na kajmak nałożyć bitą śmietanę z jednego opakowania. W śmietanie poukładać miękkie i niewielkie kawałki dowolnych owoców (poziomki, truskawki, kawałki brzoskwiń). Przykryć kolejnym plackiem biszkoptowym i delikatnie docisnąć. Powtórzyć wszystkie czynności - nasączyć, kajmak, śmietana, owoce, przykryć, docisnąć. Górnej warstwy nie nasączać. Najlepiej wstawić tak przygotowany tort do lodówki na kilka godzin do lodówki, by stężał przed dekorowaniem.


Dekoracja to już wedle inwencji i gustów. Ja użyłam bitej śmietany, owoców sezonowych, złotych perełek jadalnych i odrobiny czekolady. Tort wyszedł naprawdę dobry, że tak nieskromnie powiem. Ale niech świadczy o tym fakt, że zniknął wczoraj cały.