piątek, 25 lutego 2011

Trzy mąki

Są przepisy, które raz zobaczone zmuszają mnie do tego, żebym i ja zrobiła potrawę, której dotyczą. Tak było z chlebem żytnio-orkiszowym Liski. Zobaczyłam go na długo przed dietą. Ale wtedy nie miałam zakwasu, różnych rodzajów mąk w domu. Teraz zaległości nadrobione. Zakwas z każdym dniem silniejszy, jestem z niego dumna, bo sprawuje się grzecznie. W końcu mogłam wypróbować przepis na ten cudny chlebek. Nieco zmodyfikowałam, jako że mogę teraz używać mąk od typu 1850 wzwyż. Tak więc przepis jest nieco inny, ale niewątpliwie inspirowany chlebkiem Liski.


Składniki i wykonanie (dwufazowo):
100 g zakwasu żytniego
200 g mąki orkiszowej z pełnego przemiału
100 g wody

Wszystkie składniki wymieszać w misce, przykryć folią i odstawić na 12 godzin.

Następnie dodać:
200 g mąki żytniej razowej typ 2000
300 g mąki pszennej grahamowej typ 1850
300 ml wody
1 łyżeczka fruktozy
15 g świeżych drożdży
2 łyżeczki soli


Ciasto wyrobiłam mikserem (hakiem do zagniatania), a następnie  ręcznie. Konsystencję miało zwartą.  Wodę warto dodawać stopniowo, żeby nie przesadzić. Uformowałam kulę i przełożyłam ją do miski wysmarowanej dosłownie kilkoma kroplami oliwy. Przykryłam folią aluminiową i odstawiłam do wyrośnięcia na 1,5 godziny. W tym czasie ciasto wyraźnie zwiększy swoją objętość. Z wyrośniętego ciasta uformowałam okrąglutki bochenek i przełożyłam go do dużego durszlaka wyłożonego ściereczką porządnie oprószoną mąką.  Odstawiłam do ponownego wyrośnięcia na 40 minut. W tym czasie rozgrzałam piekarnik do 230C z blachą wyłożoną papierem do pieczenia. Wyrośnięty chleb jednym ruchem przełożyłam na rozgrzaną blachę. Przed zamknięciem piekarnika spryskałam jego ścianki wodą ze spryskiwacza. Piekłam 25-30 minut. Po 10 minutach zmniejszyłam temperaturę do 210C. Po upieczeniu chlebek jest rumiany, a stukanie od spodu wydobywa z niego głuchy dźwięk. Wystudziłam go na kuchennej kratce.  


Wyszedł pyszny, skórkę ma delikatną, cieniutką i chrupiącą. Miąższ zwarty. Pycha. Szymek zjadł 2 duże pajdy na sucho. Nie chciał nawet masła. Polecam!

czwartek, 24 lutego 2011

Pasztet ze strączka

Zostałam w domu sama z dzieciarnią. Mąż Trzaska pojechał sobie pod Londyn do Robusia na ślub, by pełnić zaszczytną rolę pierwszego drużby. Właśnie z nim rozmawiałam. Zjadł angielskie śniadanie, czyli jajka na bekonie. Jak go tak będą podkarmiać to się we frak nie zmieści.
U mnie natomiast dietowo, dzień jak co dzień. Upiełam sobie z dawna planowany pasztet z soczewicy. Zmodyfikowałam MMowo przepis z truskawkowego bloga.

Składniki:
  • 200 g zielonej soczewicy
  • 2 średniej wielkości marchewki
  • 1 główka czosnku
  • 1 średniej wielkości cebula
  • 1 łyżeczka kuminu
  • 1/4 łyżeczki suszonego chili
  • sól, pieprz
  • 4 białka
  • ziele angielskie
  • liść laurowy


Wykonanie:
Na blachę wrzucam nieobrane ząbki czosnku, 2 marchewki, cebulę pokrojoną na 4. Piekę w 180 stopniach, aż warzywa zmiękną. Trzeba pilnować, bo pieką się w różnym czasie. Upieczone warzywa kroję na dosyć drobne kawałki. Warzywa można również udusić w odrobienie wody.
Do garnka wrzucam przepłukaną soczewicę, zalewam ją ok. 3 szklankami wody, dodaję do wody 3 ziarna ziela angielskiego i liść laurowy, solę i gotuję. Kminek prażę na suchej patelni.
Soczewicę gotuję, aż zacznie się rozpadać, a woda z niej wyparuje (trwa to ok. pół godziny). Zdejmuję garnek z gazu. Lekko przestudzoną soczewicę mieszam z warzywami i lekko miksuję (należy uważać, by nie zrobić papki warzywnej - masa musi być grudkowata). Doprawiam masę do smaku - solę, pieprzę, dodaję chili i kminek.
Do doprawionej masy dodaję stopniowo ubite na sztywną pianę białka, delikatnie mieszając. Tak przygotowaną masę wykładam do keksówki. Używam blaszanej, więc by nie używać tłuszczu czy bułki tartej wykładam ją papierem do pieczenia. Pasztet piekę przez pół godziny w 180C.

niedziela, 20 lutego 2011

Kokardka

Dziś wyjątkowo na obiad zrobiłam sobie jedzonko węglowe. Normalnie staram się jednak tłuszcze umieścić wcześniej w menu. Ale przy niedzieli zaszalałam, o! 


Składniki:
100g makaronu farfalle (bo mi się akurat podobał, ale może być każdy inny durum)
pół puszki tuńczyka w sosie własnym, raczej w kawałku - nie rozdrobniony
średni pomidor pomidor
1/4 papryki czerwonej (ja miałam taką porządną - można dać więcej)
pół papryczki chili
cebula czerwona
natka pietruszki


Wykonanie:
Makaron ugotować al dente. Paprykę pokroić w słupki, pomidora w grubszą kostkę, chili i natkę drobno posiekać, cebulę skroić w cienkie piórka. Dodać wszystko do zimnego makaronu i dobrze wymieszać. Ułożyć na talerzu i na to poukładać kawałki tuńczyka. Voila! Uwielbiam takie żarcie! Nawet bez diety.

sobota, 19 lutego 2011

Kuryzm domowy

Kurcze... Lubię to... Normalnie polubiłam być kurą domową. Daleko mi do pedanterii i szorowania sreber rodowych (inna sprawa, że dysponuję jedną srebrną łyżeczką). Ale lubię jak dom pachnie świeżo pieczonym chlebem (w chwili jak to pisze pachnie bułeczkami orkiszowymi, które właśnie wyjęłam z piekarnika). Lubię świadomość, że wiem co jemy. Że w salonie wiecznie suszy się pranie, bo tam najcieplej od kominka. Że mam czas na zabawę z dziećmi. Że dobrze mi w domu...
Tak mi się poukładało w życiu, że wszytko wyszło we właściwym czasie. Gdyby taka sytuacja dopadła mnie jak miałam 20 lat, klęłabym na czym świat stoi, że wszyscy się bawią, a ja biedna siedzę w domu i zmieniam pieluchy. Dlatego cieszę się niezmiernie, że wyszło tak jak jest. 
Chcę rzecz jasna wrócić do pracy, rozwijać się również poza domem. Najlepiej w czymś co lubię - fotografia, antropologia. Ale tytułowy kuryzm domowy chyba wszedł mi już w krew. Kiedyś było mi obojętne co i jak jadam. Ładne od święta, grunt żeby dobrze smakowało. Teraz lubię jeść smacznie, ale i ładnie. Staram się by przy okazji było zdrowo. Przez ostatni miesiąc wpadłam w nawyk czytania etykiet - składu. Ło matko, ale świństwa jadłam przez całe życie. No jasne że nie uniknę tego wszystkiego, ale mogą zmniejszyć. Ostatnio szybciej, łatwiej i taniej było mi upiec pieguski dla gości niż iść po nie do sklepu. Do tego były smaczniejsze i na pewno zdrowsze. Więc wolę karmić dzieci ciasteczkami by mama, niż takimi które mają więcej E niż mąki. 
Od kiedy wyremontowaliśmy kuchnię uwielbiam w niej być. Gotować, piec, wciągać Szymka w gotowanie, niedługo pewnie przyjdzie też kolej na Zuzkę.  Starej kuchni nie cierpiałam.
Jak zaczynałam blogować kulinarnie, to początkowo nie czułam się zbyt pewnie. Raczej naśladowałam, szukałam przepisów już sprawdzonych przez innych. Rzadko improwizowałam z przepisami na bloga, bo dla domowników często robiłam i robię coś z głowy. Teraz coraz częściej dzielę się tym, co wymyślę sama. Szukam dalej, oglądam, ale staram się do każdego przepisu wnieść choć troszkę siebie. I coraz częściej robię coś sama od podstaw. Na czuja. Tak powstały dzisiejsze bułeczki orkiszowe.

Składniki:
300g pełnoziarnistej mąki orkiszowej
100ml mleka do 1,5%
20g świeżych drożdży
100g jogurtu 1,5%
łyżeczka oliwy
1 łyżeczka fruktozy
1 łyżeczka soli


Wykonanie:
Drożdże skruszyłam do mleka i dodałam łyżeczkę fruktozy. Zostawiłam je w spokoju na 15 minut. Wymieszałam resztę składników w misce i wlałam do nich drożdże. Zagniotłam sprężyste gładkie ciasto. Odstawiłam do wyrośnięcia na 1,5-2 godziny. Po tym czasie podzieliłam ciasto na dwie części. Do jednej dodałam zioła (oregano, bazylię, zioła prowansalskie), drugą zostawiłam neutralną - żeby móc zjeść je chociażby z dżemem. Z każdej części uformowałam po 3 bułeczki. Ułożyłam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i odstawiłam do wyrośnięcia na 30-40 minut. Po tym czasie piekłam je w 200C przez 20 minut.

czwartek, 17 lutego 2011

Gryczane bliny

Nie miałam pojęcia jak jest z mąką gryczaną z gryki niepalonej. Nie doszukałam się na forum, ale mam nadzieję, że można. Jak tylko się dowiem co i jak z tą mąką to napiszę. Póki co poradziłam sobie po prostu mieląc w robocie ziarna dozwolonej kaszy gryczanej niepalonej. Potrzeba matką wynalazku. I tak powstały dziś na kolację MM-owe bliny gryczane. Z tego co wyczytałam to śniadanie jemy w ciągu godziny po pobudce, tak więc to danie albo na styk na śniadanie, albo na kolację, jako że kaszę gryczaną można jeść na kolację.

Bliny gryczane

Składniki:
· 100 g mąki gryczanej/zmielonej kaszy gryczanej niepalonej
· 125ml ciepłego mleka
· 10g świeżych drożdży
· szczypta fruktozy (tylko jako pożywka dla drożdży)
· 1 białko
· szczypta soli

 
Wykonanie:
Drożdże skruszyłam do ciepłego mleka ze szczyptunią fruktozy i odstawiłam na 15 minut, żeby ruszyły. Po tym czasie wlałam mleko z drożdżami do mąki i wymieszałam. Odstawiłam takie ciasto na pół godziny w ciepłe miejsce. Białko ze szczyptą soli ubiłam na sztywną pianę. Dodałam je do wyrośniętego ciasta i bardzo delikatnie wymieszałam. Odstawiłam jeszcze na 15 minut. Po tym czasie usmażyłam placuszki na patelni teflonowej. Zjadłam z jogurtem i miętą. Całkiem fajne, chociaż myślę, że z mąki będą jeszcze lepsze. I już kombinuję np. pastę z dorsza wędzonego jako dodatek. Na pewno niedługo powtórzę te bliny.

P.S. No i dostałam odpowiedź od ekspertek forumowych, że mąki wszelkie tylko na śniadanie - do południa. Gryczana też. Tak więc danie raczej śniadaniowe. Ale da radę. Skrócić o 5 minut czas wyrastania i będzie dobrze. 

Kupię krowę!

Wciągnęło mnie strasznie żarcie domowej roboty. Strasznie mnie cieszy samowystarczalność , do pewnego stopnia rzecz jasna, bo póki co surowców podstawowych sama nie produkuje, ale kto wie,  co będzie w przyszłości... Może jakieś pole, krowa, koza, kury... Póki co bawi mnie pieczenie chleba na zakwasie, tworzenie sobie smarowideł do chleba na potrzeby diety i takie tam. Teraz nadszedł czas na przetwory mleczne. Na pierwszy ogień poszedł jogurt. Pogrzebałam w sieci, poczytałam kilkanaście przepisów i połączyłam z każdego odrobinkę i wyszedł pyszny domowy jogurt. Rzecz prosta, jak przysłowiowa budowa cepa. Od razu dostosowany został do diety, czyli ze składników do 1,5% tłuszczu.

Składniki:
300ml mleka 1,5% (ja użyłam UHT)
5 łyżek jogurtu naturalnego (ja użyłam jogurtu probiotycznego firmy Magda, gdzieś wyczytałam, że ma on dużo dobrych bakterii)
                                 

Wykonanie:
Mleko zagotowałam, a następnie wystudziłam do ok. 40C (z braku termometru wsadzałam palec  w mleko i studziłam do temperatury, gdy dałam rade go utrzymać w tym mleku przez kilka chwil nie ryzykując poparzeniem). Wlałam mleko do termosu. Dodałam z 5 łyżek naturalnego jogurtu probiotycznego. Zakręciłam. Dobrze wstrząsnęłam, niczym James Bond swoim martini.  Z tym, że ja dodatkowo pomieszałam, żeby te bakterie były w całym mleku. Termos postawiłam przy kominku - ciepło miał. Zrobiłam to ok. 15:00 wczoraj, przypomniałam sobie o nim o 9 :00 dziś. Ale jogurt wyszedł dobry. Może nie tak gęsty jak oryginalny, ale w bazowym było odtłuszczone mleko w proszku, które służy za zagęszczacz. Następnym razem spróbuję i z mlekiem w proszku, chociaż taka gęstość jaka mi wyszła w zupełności mi wystarczy. Polecam, bo w smaku świetny.
P.S. Wyczytałam, że termos po takich zabawach z jogurtem raczej się nie będzie nadawał do przechowywania innych produktów.

sobota, 12 lutego 2011

Wysokie

Wysokie to wieś między Lublinem i Biłgorajem. Tak mniej więcej w połowie drogi. Mieszkała tam moja prababcia z pradziadkiem. Moja babcia tam się wychowała, razem ze swoimi siostrami. Mój dziadek pochodził z okolic Wysokiego. Moja mama się tam urodziła. W ogóle w Wysokim mieszkało/mieszka sporo z moich kuzynów, czasem piętnasta woda po kisielu, ale zawsze... A ja tam spędziłam kilka pierwszych wakacji życia. Już kiedyś kiedyś, na moim pierwszym blogu pisałam o smakach dzieciństwa. Większość kojarzy mi się właśnie z domem prababci. Mleko prosto od krowy - Krasuli chyba, ciepłe jeszcze, przecedzone przez gazę. Część zostawała w domu, a część przymusowo dobrowolnie była oddawana w kance na skup. Chleb ze śmietaną i cukrem. Ostatnio dostaliśmy taka roztoczańską śmietanę od Marty i Kuby. Pyszna, gęsta, słodka. Jak u prababci. Twaróg domowy mmm... Jak prababcia robiła makaron, to podkradaliśmy płaty ciasta i kładliśmy na płycie kuchennej, a po chwili mieliśmy pyszne chrupiące podpłomyki. Chleb prosto z piekarni. Bratanek prababci pracował w piekarni, która graniczyła z gospodarstwem pradziadków i dlatego nigdy nie piekliśmy w domu, tylko chodziliśmy piec do piekarni właśnie. Drożdżowe pierogi z kaszą i serem. Bułeczki z serem na słodko. Uwielbiałam wisieć nad wielką dzieżą, i patrzeć jak mieszało się ciasto na chleb. Wszytko to miało inny, lepszy smak. Nawet zielony agrest, który porastał całe podwórko, czy papierówki. Nie było, że pryskane. Jadło się zielone, niedojrzałe. Pyszne. W ogóle to były piękne lata. Dwa miesiące bez telewizora, bez kanalizacji (w dzień latało się do wychodka za stodołę, a w nocy do nocnika), bez ciepłej wody i wanny. Myliśmy się w misce wodą zagrzaną na kuchni węglowej. Nie pamiętam bym się nudziła. Dzisiejsze dzieciaki przywiozłyby sobie laptopa, koniecznie z dostępem do netu. Dla nas było świętem, jak szliśmy do kogoś obejrzeć western. Fajnie było.
Wspomniałam pieczonych drożdżowych pierogach z kaszą i białym z serem. Chyba równie mocno z dzieciństwem kojarzy mi się smak zwykłych gotowanych pierogów z kaszą gryczaną, twarogiem i miętą, które też często gościły na stole u pradziadków. W ramach sentymentu postanowiłam przerobić ten przepis na dietowy MMowy. Nie śmiem mówić, że były one równie dobre jak pierogi prababci, ale wyszły mi bardzo smaczne i na pewno przywołujące wspomnienia. 


Składniki:
200 g mąki pszennej grahamowej typ 1850
letnia woda
100g kaszy gryczanej niepalonej
200g twarogu do 1,5% tłuszczu
mięta świeża lub suszona (ja dałam zamrożoną)
sól i pieprz


Wykonanie:
Z mąki i wody wyrobiłam sprężyste ciasto. Nie podawałam ilości wody, bo dodawałam jej na oko, póki nie zadowoliła mnie konsystencja ciasta. Odstawiłam ciasto na 10 minut, żeby odpoczęło. Kaszę gryczaną ugotowałam i przestudzoną dodałam do sera. Wrzuciłam do tego garść mięty mrożonej, posoliłam i popieprzyłam do smaku i dokładnie wymieszałam. Ciasto rozwałkowałam cieniutko, wycięłam szklanką kółka, nadziałam je mieszaniną serowo-kaszowo-miętową i ulepiłam pierogi. Nie jestem w tym mistrzynią, więc może nie są cud piękności. Wrzuciłam na gorącą wodę i od razu zamieszałam delikatnie by nie posklejały się ze sobą. Gotowałam około 3 minut od wypłynięcia. Dziś zjadłam z jogurtem naturalnym 1,5%. Jutro pewnie sobie odsmażę. Świetna alternatywa śniadaniowa. I pyszna!
Oczywiście można tradycyjnie użyć mąki białej, kaszy gryczanej palonej, sera tłustego... I można zjeść na każdy posiłek na jaki się chce. O ile nie jest się na diecie. Smacznego.

piątek, 11 lutego 2011

Natchniona Wiosną

Dzisiejszy wpis inspirowany jest Wiosną. Ale nie zaokienną aurą. Natchnęła mnie bowiem, do popełnienia tej potrawy, jedna z MMowych forumowiczek, o nicku Wiosna. Wspomniała o saszetkach mięsnych z nadzionkiem w formach muffinowych. Niniejszym dziękuję za natchnienie. Czym prędzej pognałam do mięsnego po ładny schabik i na bazarek po pieczarki. I tak powstały mięsno-pieczarkowe hmm... muffiny.

Składniki:
500g schabu 
400g pieczarek
2 średnie cebule
2-3 ząbki czosnku
natka pietruszki
przyprawy, na pewno sól i pieprz, reszta jak kto lubi


Wykonanie:
Plastry schabu rozbiłam możliwie jak najcieniej. Skropiłam każdy kroplą oliwy, osoliłam, popieprzyłam, natarłam i odstawiłam na godzinkę do lodówki. Po tym czasie wyłożyłam nimi foremki do muffin, tak by zostało troszkę mięsa na przykrycie farszu. Cebulę pokrojoną i czosnek w kostkę zrumieniłam na oliwie, pieczarki poddusiłam na patelni dopóki nie odparowała z nich cała woda. Wymieszałam z cebulą i doprawiłam do smaku solą, pieprzem, oregano i bazylią, dodałam natkę. Tą mieszaninę upchałam mocno w mięsnych foremkach. Przykryłam wystającym mięskiem tak, by zakryć cały farsz. Miałam jeden zapasowy rozbity kotlet i sztukowałam z niego, jak mi brakowało mięsa do przykrycia farszu. W ten sposób wyszło mi 9 schabowych babeczek. Na każdą z nich kapnęłam oliwą i wygładziłam powierzchnię dłonią. Tak przygotowane włożyłam do piekarnika rozgrzanego do 180C na 20-25 minut. Fajna sprawa. Będę kombinować z innymi mięskami i różniastymi nadzionkami. 

A w nocy Jamie Oliver przekręcał wegetariańskie dania z grzybami.  Pycha! Natchniona położyłam się spać, nie mogąc doczekać się pierwszych leśnych grzybów... Ależ będę miała używanie... Podwójne, bo i w lesie i przy garach... Wiosno przybywaj! Tym razem krzyczę do tej zaokiennej!

środa, 9 lutego 2011

Na górze róże

Dzisiejsze odwiedziny Pani Profesor były doskonałą okazją do przetestowania nowych foremek do muffin. Jako, że walentynki za pasem, to rzucili promocje z serduszkami i różami. Takowe też upiekłam. Dziś róże i serducha czekoladowo wiśniowe.

Składniki:
300g mąki
20g kakao
1,5 łyżeczki sody
1 łyżeczka proszku
150g cukru
100g posiekanej czekolady 
125g stopionego i ostudzonego masła
2 rozbełtane jajka
pół szklanki jogurtu (można ciut więcej, bo ciasto dosyć gęste)
szklanka wiśni (świeżych, mrożonych, ja dałam wiśnie ze słoika, które moja teściowa przygotowuje "do ciasta")

Wykonanie:
Jak to muffiny - suche wymieszać w jednej misce, mokre w drugiej. Dodać mokre do suchych, połączyć. Napełnić formę do muffin do 3/4. Piec 25 minut w 200 C. Voila! 
Dojadłam kawałek po Szymonie, grzesząc w diecie. Stanowczo wiśnie i czekolada to dobre towarzystwo.

Pomieszany chlebek

Otóż drodzy Państwo mój osobisty zakwas działa jak ta lala. Daję nieco spóźniony wpis, bo z chlebka upieczonego na zakwasie zostało może ze 3 kromki. Mieliście okazję zobaczyć kromeczkę pod pomarańczową konfiturą w poprzednim wpisie. Przepis MM-owo dietowy, wygrzebany z forum. Żeby nic nie namieszać w tym pomieszanym chlebie cytuję:


Przed przystąpieniem do działania szykujemy sobie dwie miski z zamykaną pokrywką.
W jednej przygotujemy namaczankę a w drugiej zaczyn.

Namaczanka 370 g: to namoczona dzień wcześniej mąka.

200g mąka pszenna razowa 1850 (lub orkiszowa typ 1850)
1/2 łyżeczki soli
170g mleka, maślanki, kefiru lub jogurtu (ja zwykle robię mix)

wszystkie składniki ładnie ze sobą łączymy i zamykamy w pudełko nr 1, odstawiamy na 12-24 h.

Zaczyn 460g:

60 - 70g płynny, aktywny zakwas (tzn. nie prosto z lodówki, nakarmiony min. 8 h wcześniej)
200 g mąka żytnia 2000
200 g letniej przegotowanej wody

Składniki na zaczyn dokładnie ze sobą mieszamy i zamykamy w pudełko nr 2. Ja zwykle czekam ok. 18 - 24 h


Ciasto na chleb:


namaczanka
cały zaczyn
60 g mąka żytnia (ja sypię w zależności od tego jaki chcę chleb - czasem orkisz, czasem żytnią)
1/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka oleju

składniki dodatkowe - można dodać podduszoną cebulkę, paprykę
na II fazie super z podprażonymi ziarnami słonecznika + siemię lniane


W dniu wypieku (czyli 18-24 h po zamknięciu namaczanki i zaczynu w pudełkach) wszystko ze sobą połączyć (namaczankę, zaczyn i pozostałe składniki) i dokładnie wymieszać. Po krótkiej przerwie wymieszać jeszcze raz (przy drugim mieszaniu jest czas żeby dodać składniki dodatkowe. Jeżeli zachodzi potrzeba można na tym etapie dodać odrobinę mąki lub wody. Pozostawić w przykrytym naczyniu na ok 1 h. Po tym czasie ciasto przełożyć do fory wyłożonej papierem. Chleb wyrasta ok. 4-5 h. Piekarnik nagrzać do 230 stopni. Po włożeniu chleba obniżyć temp. do 200 stopni i piec 45 min. Ja zwykle wyciągam chleb z formy i wkładam z samym papierem do piekarnika jeszcze na jakieś 10-15 min w temp. 120 stopni.

wtorek, 8 lutego 2011

Pomarańczowo

"Lubię śpiewać, lubię tańczyć! Lubię zapach pomarańczy" - i tu podpiszę się wszystkimi kończynami pod słowami pana Tadeusza Woźniaka. A że ze śpiew mi nie do końca wychodzi i  krzywdzę nim tylko najbliższych biednych moich. Tańczę co najwyżej z Szymkiem dzikie tańce, aczkolwiek obiecuję sobie, że jak zrzucę jeszcze parę kilo, to się wybiorę gdzieś potańczyć naprawdę. Zostały pomarańcze. W diecie owoce jem tylko przed śniadaniem, a jeśli do śniadania to te przetworzone, pieczone, smażone, dżemy i inne takie. W kupnych dżemach prócz owoców kupa innych badziewi. Owoce dostępne teraz pod koniec zimy raczej nie zachęcają do robienia przetworów. Ceny z kosmosu, straszne jest to, że nasze jabłka są droższe od choćby pomarańczy. Niestety sama doskonale wiem z jakiego powodu. U nas w sadzie plon był marny w zeszłym roku, o ile tą ociupinkę można nazwać plonem i jabłek swoich nie mam już dawno. Postanowiłam więc, natchniona przepisem na pomarańczowe ciasto, które wywołało u mnie olbrzymi ślinotok, zrobić sobie namiastkę tego smaku. I tak powstała konfitura pomarańczowa. I już wiem, że nie był to ostatni raz. Ale pewnie ostatni raz pomarańcze były w niej samotne. Już czuję smak jej bogatszych wersji - z cynamonem, kardamonem, goździkami, imbirem... Właściwie to nie mogę się doczekać, aż ten słoiczek się skończy, żeby zrobić nową. Jako, że robiłam na próbę, to użyłam jednej pomarańczy.


Składniki:
1 dojrzała pomarańcza
cukier (w moim przypadku fruktoza) - dosyć elastyczna ilość, bo zależy od upodobań smakowych i kwaśności pomarańczy. Ja wsypałam około 5 łyżek.


Wykonanie:
Pomarańczę dokładnie szorujemy i gotujemy ze skórką w wodzie przez 2 godziny. Pilnujemy by przez cały czas była maksymalnie zanurzona, dolewamy wody jak wyparuje i przekręcamy pomarańczę, by ugotowała się równomiernie. Po 2 godzinach wyjmujemy owoc z wody (wody nie wylewamy) i kroimy na ćwiartki. Jeśli ma pestki to należy je usunąć. Lekko ostygniętą pomarańczę traktujemy blenderem. Tak sobie myślę teraz, że na przyszłość całą pomarańczę albo przynajmniej część posiekam na drobne kawałki, ot dla ciekawszej faktury. Papkę pomarańczową stawiamy na gazie i dosypujemy cukru/fruktozy. Podlewamy nieco wodą z gotowania. Smażymy to jakieś 15-20 minut często mieszając. Gotowe pakujemy do słoika. Ja zamierzam to spożyć dosyć szybko, ale jak ktoś zrobi więcej z zamiarem przechowywania to można pasteryzować.

piątek, 4 lutego 2011

Uosoś

Jako, że w diecie dzięki której chudnę - już 5 kg ze mnie spadło - zalecenie jest by jadać ryby przynajmniej 3 razy w tygodniu to dziś ryba. Konkretnie łosoś. 


Składniki:
2-3 dzwonka łososia
1 cytryna
2 średnie cebule
1/2 szklanki śmietany 18%
natka pietruszki albo koperek
sól, pieprz do smaku


Wykonanie:
Dzwonka łososia umyłam i osuszyłam. Usunęłam pęsetą te ości, które udało mi się usunąć. Cytrynę wyszorowałam i sparzyłam. Otarłam skórkę na drobnej tarce. Śmietanę wymieszałam ze skórka cytryny, dodałam sól i pieprz do smaku. Rozgrzałam piekarnik do 200 C na funkcji grill. Posmarowałam jedną stronę łososia śmietanową masą. Położyłam nasmarowaną częścią na kratce i dopiero wtedy posmarowałam wierzch. Zapiekałam przez 20 minut. Można rzecz jasna posłużyć się patelnią grillową albo po prostu grillem. W czasie pieczenia pokroiłam cebulę w drobniutką kostkę, posoliłam i zgniotłam nieco, by była delikatniejsza. Dodałam do niej porządną garść natki pietruszki i sok z całej cytryny. Tak przygotowaną cebulką posypałam gotowego już łososia. 


Do tego warzywka. Dla niedietowców zapewne zrobiłabym pieczone ziemniaczki w mundurkach. Pycha!

czwartek, 3 lutego 2011

Na ostrrro!

Na forum MM jedna z dziewczyn umieściła przepis na ostrą zupę z soczewicy czerwonej. Od czasu jak go zobaczyłam to chodził za mną i męczył. Uwielbiam ostre! Więc zaopatrzona w końcu we wszystkie potrzebne składniki zabrałam się za gotowanie, nieco modyfikując pierwotny przepis z forum.



Składniki:
250g soczewicy czerwonej
3 duże ząbki czosnku
1 duża cebula
puszka pomidorów bez cukru
1 zielona papryka
1 łyżka oliwy
łyżeczka uprażonego i zmiażdżonego kminku
pół łyżeczki chili
10 ziaren kolorowego pieprzu, lekko zmiażdżonego nożem
3 ziarna ziela angielskiego
2 liście laurowe
1 łyżeczka słodkiej papryki

Wykonanie:
Na patelnię wlewam łyżkę oliwy i podsmażam na złoto cebulę i czosnek. Następnie wrzucam pokrojoną w dużą kostkę paprykę. Po chwili na patelnię dodaję wszystkie przyprawy, mieszam i podsmażam przez chwilę. Dodaję puszkę pomidorów i pół szklanki wody. Przykrywam i duszę przez około 10 minut. W tym czasie soczewicę płuczę na durszlaku. W garnku gotuję 1,5 litra wody i do wrzątku wrzucam soczewicę. Poczekałam, aż się ponownie zagotuje - uwaga, bo łatwo kipi. Do gotującej się soczewicy wrzucam to z patelni. Dosalam do smaku. Gotuję jakieś 30 minut, aż soczewica niemal się rozgotuje. Nie doprowadzam do konsystencji papki, bo nie lubię. Ostrość można modyfikować wedle gustu. Mąż Trzaska i próbująca dziś zupy Ewa nieco ziali. Ja zjadłam z przyjemnością. Można też złagodzić ostrość dodając jogurtu (do 1,5%). Zupę można zjeść z ryżem - brązowym, dzikim, basmati. Trzeba pamiętać o tym, że soczewica+ryz max 100g na porcje. Smacznego - ostrego.

MMuffiny

Czyli kolejne śniadankowe jedzenie pozmieniane na potrzeby diety. Tym razem muffiny grahamowe. Bardzo polubiłam pieczenie tych babeczek. Szybko, miło i przyjemnie.


Składniki:
180g mąki pszennej graham typ 1850 (rzecz jasna może być i 2000)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżka kakao
1 łyżeczka cynamonu
4-5 łyżek fruktozy
szczypta soli
2 białka ubite na pianę
150ml jogurtu do 1,5%
odrobina ekstraktu waniliowego


Wykonanie:
Suche składniki połączyć w jednej misce. Białka ubić, resztę mokrych pomieszać i dodać do białek. Mokre dodać do suchych i wymieszać, niekoniecznie starannie. Wypełnić formy do muffin do 3/4, piec 20 minut w temperaturze 180C. Jeśli robimy dzień wcześniej to jeszcze trzeba wytrzymać do śniadania ze spożyciem i nie pozwolić rodzinie zjeść wszystkiego! Ja do części dodałam jeszcze czarnych porzeczek. Bo lubię.

wtorek, 1 lutego 2011

Od początku mój!

Na początku był zakwas. Chociaż źle powiedziane - na początku był mój pierwszy zakwas. Zrobiłam wszystko jak kazali na jednej z mądrych stron o mące i chlebie. Cytuję:

Przepis na zakwas naturalny - żytni

Składniki : 
40 dag razowej mąki żytniej typ 2000, 
400 ml wody

Wykonanie:
1. 10 dag mąki przeznaczonej na rozczyn wymieszać ze 100 ml ciepłej (ok. 40C) wody, przykryć ściereczką i pozostawić na 24 h w temp. pokojowej ok. 25C
2. Kolejna porcję 10 dag mąki wymieszać ze 100 ml ciepłej wody i dodać do zaczynu z poprzedniej doby (który ma już lekko kwaśny zapach), wymieszać i nakryć ściereczką. Znów pozostawić w temp. pokojowej na ok 24 h
3. Do powstałego zaczynu wmieszać 20 dag mąki roztrzepanej w 200 ml wody o temp. 40 C, nakryć ściereczką i pozostawić na kolejne 24 godziny
Gotowy zakwas powinien być od razu użyty do wypieku chleba.

No i zastosowałam się do rad. Za ciepłe miejsce o tej porze roku robiły mi okolice kominka, w którym paliłam tak, żeby w pokoju było około 25 stopni. Masakra. No ale dałam radę. Pierwszego dnia zakwas milczał jak zaklęty.  Drugiego dnia dostał porcję mąki z wodą i naprał sił. Pojawiły się bąbelki, powolutku, ale skutecznie zakwas powiększał swoją objętość. Na tyle skutecznie, że wieczorową porą zauważyłam, że ściereczka na słoiku jest wybrzuszona. Okazało się, że pod moją nieobecność zakwas postanowił sobie wyjść ze słoika. Zamieszałam go i się uspokoił. Trzeciego dnia dodałam ostatnią porcję mąki, ale zakwas jakby się zawstydził i zasnął. Nie buzował już, nawet zapach był taki jakiś nijaki. Konsystencji był on ciastowatej raczej niż płynnej, wydawało mi się, że nie powinien być aż tak gęsty, no ale ja się tam nie znam. Po 24 godzinach więc, jak każe przepis zabrałam się do wypiekania chleba. Znalazłam taki oto przepis na tej stronie. I znów cytuję, bo przepis nie mój więc najlepiej jak będzie opisany słowami autora w/w strony:

Składniki:
500 g zakwasu żytniego
500 g mąki żytniej (najlepiej tej samej, z której jest zakwas)
200 g letniej wody
15 g soli (dość płaska łyżka stołowa)

Wykonanie:
Mieszamy wszystko dokładnie (uwaga: ciasto żytnie jest obrzydliwie klejące). (...) Należy uważać z dodawaniem wody – lepiej nie dodawać od razu wszystkiego, lecz po trochu, patrząc, czy ciasto jest wystarczająco miękkie. Jeśli doda się od razu całą ilość i będzie jej zbyt wiele, uzyskamy ciasto bardzo rzadkie, które być może da się uratować poprzez upieczenie go w foremce. Kombinacje z dodawaniem mąki mogą nie wyjść, więc lepiej dolewać po trochu. Ciasto z mąki żytniej nie musi być zbyt długo wyrabiane. Wystarczy je dobrze wymieszać, żeby nie było grudek, trochę wyrobić i odstawiamy je na jakieś 15-20 minut, żeby sobie odpoczęło. Teraz możemy włączyć piekarnik i podgrzać go do około 50 stopni, nie więcej. Jak się nagrzeje, to wyłączamy (można zostawić włączoną lampkę).
Po tych 15-20 minutach wyrabiamy ciasto raz jeszcze krótko, formujemy z niego kulę lub podłużny bochenek i układamy na blasze na papierze do pieczenia. Można teraz jeszcze nieco zwilżyć bochenek i wsuwamy do pieca, żeby wyrósł.
Ciasto można alternatywnie wlać do formy metalowej (kwasoodporna! lub wyłożona papierem do pieczenia). Pieczemy w tej samej foremce. Wtedy po upieczeniu chleb będzie bardziej przypominał chleb.
(...) Jeśli do ciasta nie dodamy drożdży piekarskich, to będzie ono wyrastało tylko siłą tej niewielkiej ilości dzikich drożdży, które powstały podczas hodowania naszego pierwszego zakwasu. Takie wyrastanie może potrwać nawet do 4-5 godzin! (...)
W trakcie wyrastania ciasta warto co jakiś czas zwilżyć jego powierzchnię wodą, bo w przeciwnym razie może zbyt mocno wyschnąć, stworzy się skorupa i po upieczeniu chleb będzie miał zbyt twardą skórkę.
Ciasto powinno około dwukrotnie powiększyć swoją objętość, wtedy nadaje się do pieczenia. Generalnie trudno wyczuć na początku, kiedy jest dobry moment na rozpoczęcie pieczenia, więc po prostu po około 4-5 godzinach można zacząć piec. Trudno wyczuć tym bardziej, że ciasto żytnie rozlezie nam się na blasze, taka jego uroda. W efekcie uzyskamy bardziej placek żytni niż chleb, ale smakowo będzie bez zarzutu.
W trakcie wyrastania w piekarniku powinna panować temperatura w okolicach 30 stopni. Podobno włączona żarówka potrafi dać tyle ciepła, żeby utrzymać taką temperaturę. (...)
Wyjmujemy blachę z naszym placuszkiem, nagrzewamy piekarnik do około 230 stopni C (około 450 F).
Krótko przed wsunięciem do pieca ciasto powinniśmy naciąć i możemy je zwilżyć. Chleb wsuwamy dopiero, jak piekarnik będzie nagrzany! Każdy piekarnik jest inny i trzeba znać swój, żeby dobrze piec. Generalna zasada w piekarnikach nowoczesnych jest taka, że chleb powinno się piec na dolnej szynie, żeby się nie spiekł od góry.
Piekarnik można nagrzewać z włączonym termoobiegiem, ale pieczemy bez termoobiegu, na włączonej górnej i dolnej grzałce!
Po wsunięciu go powinno się wygenerować parę w piekarniku – sprawa w domowych warunkach niełatwa. Można pod blachę z chlebem wsunąć drugą blachę i po wsunięciu chleba wlać na tą dolną małą filiżankę wody, można też spryskiwaczem rozpylić trochę wody w piekarniku (ale nie bezpośrednio na chleb).
Chleb pieczemy najpierw w temperaturze około 220-230 stopni przez około 10 minut. Nawilżanie powietrza ważne jest tylko w kilku pierwszych minutach pieczenia. Po 10 minutach obniżamy temperaturę do 200 stopni, po następnych 10 minutach do 180 stopni C (około 350 F) i pieczemy jeszcze jakieś 40-45 minut. Chleb jest upieczony, jeśli pukając w jego spód usłyszymy „pusty” odgłos. Można wykonać ten test, ale po około godzinie powinien być i tak upieczony (uwaga: długość pieczenia jest zależna od wielkości bochenka – im większy, tym dłużej trzeba piec).
Upieczony bochenek („placuszek”, jeśli nie piekliśmy w foremce) wyjmujemy i kładziemy na ruszcie – chodzi o to, żeby od spodu dochodziło do chleba powietrze. Bezpośrednio po wyjęciu możemy go spryskać wodą, żeby nabrał nieco połysku. Po odparowaniu wody można odczekać jeszcze chwilę i przykryć chleb czystą ściereczką – i czekamy aż ostygnie.

No i wzięłam swój zakwas i zaczęłam robić chleb. Zakwas był stanowczo gęsty. Zrobiłam tak jak każe przepis. Odstawiłam do wyrośnięcia i... nic. Oczywiście z nadzieją, że wyrośnie mi piękny jajowaty bochenek nie wsadziłam go w formę tylko ułożyłam na blasze. Otóż nie! Po czterech godzinach miałam płaski placek, twardy, niewyrośnięty. Po kolejnej godzinie stwierdziłam, że co ma być to będzie - piekę! No i upiekłam - piękną,  rumianą... cegłę, ale za to z pyszną chrupiącą skórką. Spokojnie mogło to robić za pocisk armatni, gdyby nie mało kulista forma. Chrupiącą skórkę mąż Trzaska obskubywał z zadowoleniem przez dwa dni. Zakalcowaty środek nie znalazł entuzjasty. No i tak wyglądał mój pierwszy chleb na zakwasie.
Ale ja, jak to ja, oczywiście nie poddając się jeszcze tego samego dnia nastawiłam kolejny zakwas, winy upatrując się nie w moich poczynaniach tylko w zakwasie. Zapewne dałam rade go jednak przeziębić, bądź też przegrzać. Zielonego pojęcia nie mam. Teraz zapewne nie dojdę. Może mąka jakaś nie teges była. Grunt, że nowy zakwas robiłam niemal tak samo, z tą różnicą, że użyłam mąki innej firmy i ostatnie dokarmienie podzieliłam na dwie porcje, tzn. nie dodałam 200g mąki i 200 ml wody na jeden raz tylko co 12 godzin karmiłam go 100g mąki i 100ml wody. Zakwas numer 2 bąbelkował do ostatniego dnia, może nie jakoś bardzo intensywnie, ale wyraźnie.  Miał konsystencję gęstej śmietany, ale można było go wlać do mąki. Do tego woniał fermentacją. Po 12 godzinach od ostatniego dokarmienia zaczęłam robić chleb. Wszystko  prawie tak jak za pierwszym razem. Z tą różnicą, że podzieliłam ciasto na dwie równe części i do wyrastania umieściłam je na obsypanej mąką ściereczce i w dużej durszlakowej misce, a drugą również na ściereczce i w koszyczku mało specjalistycznym, ale przepuszczającym powietrze. Tak przygotowane do wyrastania ciasto umieściłam w woreczkach plastikowych i wsadziłam do piekarnika. No i w końcu widać było efekty. Ciasto pracowało. Rosło ślicznie. Powiększyło się wyraźnie. Po 5 godzinach przełożyłam je ze ściereczek na blachę wyłożoną papierem. Resztę robiłam wg przepisu. Nacięłam ciasto, wsunęłam do piekarnika. Aby wygenerować parę wodną po wsunięciu ciasta wrzuciłam na dno piekarnika garść kostek lodu. Po godzinie wyjęłam dwa niewielkie bochenki. Były dosyć płaskie, ale w przeciwieństwie do pierwszego wypieku postukane od dołu wydawały głuchy odgłos. Ostudziłam je na kratce, a po 2 godzinach przekroiłam. Bochenki były płaskie, skórka twardawa, ale w środku zakalca nie było. W smaku chleb był naprawdę dobry. Reszta zakwasu stoi sobie w słoiczku na półce w lodówce i będzie dokarmiana raz na tydzień.
A oto mój płaski, pyszny, pierwszy chlebek od początku mój!


A tak w międzyczasie znajomy męża Trzaski powiedział mi, że jego małżonka podczas którejś wizyty mojego męża u nich proponowała mu stary,10letni zakwas, a on ODMÓWIŁ! Ech... faceci...