Spojrzenie pełne zdziwienia i lekkiego rozbawienia, uśmieszek w stylu "kompletnie jej już odbija". A wszytko przez to, że postanowiłam dołączyć do akcji Klubu Kwiatożerców. Na pierwszy ogień poszły fiołki, które rozpleniły się po maminym ogródku jak chwasty. A że sad jeszcze w tym roku w ogóle jeszcze nie pryskany, czysty, to narwałam z Szymkiem pierwszy rzut tych cudnie pachnących kwiatuszków - fiołków wonnych. Fioletowe, słodkie. Mąż Trzaska usłyszawszy, że będziemy to jeść rzekł "na pewno!" i bynajmniej nie oznaczało to aprobaty. Ale zje zje. Dziś do kolacji dostanie sałatkę z fiołków. Znalazłam ją tu. Wykorzystałam do niej zarówno kwiaty jak i młodziutkie listki.
Składniki:
2 filiżanki kwiatów i młodych listków fiołka wonnego
2 łyżki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia
2 łyżki octu balsamicznego
1/2 łyżeczki musztardy bez cukru
1 ząbek czosnku
sok z 1/4 cytryny
skórka otarta z 1/2 wyszorowanej i sparzonej cytryny
Wykonanie:
Listki i kwiatuszki przebrałam, umyłam i wysuszyłam w wirówce do sałaty (dziś rano dostałam wirówkę od męża Trzaski i MUSIAŁAM ją wykorzystać). Ułożyłam zieleninę i fioletowinę w salaterce, posypałam skórką z cytryny. Z reszty składników zrobiłam dressing i polałam nim sałatkę. Voila! Pycha!
Przepis dołączam do akcji:


