Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieczywo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieczywo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Po norwesku

Czasem coś się za mną snuje... przypomina o sobie zapachem, kolorem... dziś robiłam porządki w szafce z przyprawami i wysypałam cynamon. To był znak, że MUSZĘ upiec bułeczki cynamonowe. Potrawę pozwolę sobie zadedykować Mjauku. Dlaczego? Bo rodowód owe cudne wypieki mają w Skandynawii. Spotykałam je nazywane szwedzkimi albo częściej norweskimi bułeczkami cynamonowymi. A Mjau kojarzy mi się z Norwegią, którą nota bene uwielbiam. Przepis znaleziony przy stole.


Składniki:

Ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 200 ml letniego mleka
  • 3 łyżki cukru
  • 40 g świeżych drożdży
  • 80 g stopionego masła
  • 1 żółtko 
  • szczypta soli
Nadzienie:
  • 50 g stopionego masła
  • 125 g drobnego cukru
  • 2 łyżki mielonego cynamonu

Wykonanie:
Mąkę wsypać do miski, na środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, posypać cukrem, zalać niewielką ilością letniego mleka, wyrobić palcami. Przykryć ściereczką i odstawić na 10-15 minut. Po tym czasie dodać szczyptę soli, żółtko, masło i letnie mleko. Wyrobić gładkie ciasto. Ponownie przykryć i odstawić na około 40 minut w ciepłe miejsce. Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x50 cm. Posmarować stopionym i ostudzonym masłem, a następnie posypać cukrem wymieszanym z cynamonem. Ciasto zwinąć, zaczynając od dłuższego boku. Roladę pokroić na 16 części o szerokości 3 cm. Ułożyć ślimaczki na blasze dosyć w odległości 2-3 cm od siebie, przy wyrastaniu złączą się. Odstawić do wyrośnięcia na 15 minut. Przed wstawieniem do piekarnika posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać cukrem. Piec przez 15 minut w 200C. 


Do bułeczek zaserwowałam sobie filiżankę herbaty z cytryną, ociupinką miodu i dwoma plasterkami imbiru. 


Genialny zimowy smak. Przeboski zapach cynamonu. A moje dwa niejadki zjadły na kolację po dwie bułeczki.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Z szuflady

Leżał sobie ten przepis nieopublikowany już długo, chlebek taki piekłam też już wiele razy. Wypatrzyłam go z dawien dawna na Tatterowym blogu. Dziś w końcu się zebrałam i przepis zamieszczam. Z czeluści szuflady wygrzebuje więc zdjęcie pieczywka i zapodaję Wam, moi drodzy, i polecam, gdyż prostym on jest do wykonania i szybkim. Modyfikacje u mnie w cukrze i mące ze względu na dietę.


Składniki:
400g zakwasu żytniego razowego płynnego (np. 150%) (do młodego zakwasu można dodać łyżeczkę suchych drożdży)
150ml wody (ilość uzależniona od gęstości zakwasu, więc dodawałam stopniowo)
100g maki żytniej razowej
300g maki pszennej grahamowej
1 łyżka soli morskiej
1 łyżeczka fruktozy


Wykonanie:
Wszystkie składniki mieszam, ciasto jest lepkie i luźne. Zostawiam do wyrośnięcia na godzinę.
Znów mieszam krótko, przekładam do keksówki wysmarowanej oliwa i wysypanej otrębami, smaruje wierzch ciasta chlebowego leciutko oliwa, zakrywam naoliwiona folia i zostawiam do ponownego wyrośnięcia (ma rosnąć powoli, kilka godzin). Pilnuje żeby nie przerosło!
Przed pieczeniem posypuję lekko otrębami. Foremkę z chlebem wsuwam do zimnego piekarnika, nastawiam temperaturę na 200C i piekę godzinę. Gdy piekarnik dobrze się nagrzeje (osiągnie temperaturę 200C), chleb i ścianki pieca spryskuje woda.
Można również po godzinie dopiekać bez formy.

niedziela, 20 marca 2011

Niecierpliwym

Wczoraj jakoś wybitnie nie chciało mi się czekać na wyrastanie chleba. Dawno temu już upolowałam przepis na bułeczki na zakwasie u Liski. Więc z lenistwa i niecierpliwości postanowiłam je upiec na niedzielne śniadanko. Zmodyfikowałam przepis nieco na normy dietowe. 


Składniki:
150 g aktywnego zakwasu żytniego, dokarmionego 10-12 h wcześniej, mój był dosyć rzadki
300 g mąki pszennej grahamowej, typ 1850
100 g mąki orkiszowej PP
170-200 g wody, zależy od gęstości zakwasu
1 łyżeczka fruktozy
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka świeżych lub suszonych drożdży
1 łyżeczka oliwy do ciasta i kapka do wysmarowania miski


Wykonanie:
Zakwas wymieszałam z woda i drożdżami. Dodałam resztę składników. Mąkę wsypywałam stopniowo, aby uzyskać gładkie, nie klejące się do rąk, ale miękkie ciasto. Tak wyrobione ciasto przełożyłam do wysmarowanej oliwa miski i odstawiłam na godzinkę do wyrośnięcia, podwoiło swoją objętość. Wyrośnięte ciasto wyłożyłam z miski na blat i przecięłam po przekątnej na osiem części. Powstałe trójkąciki ułożyłam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i nacięłam przez środek. Bułki sporo rosną jeszcze w piekarniku, należy więc zostawić wokół nich nieco miejsca. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 230C na 12-15 minut. 


A za oknem właśnie zaświeciło słoneczko. Wiosny mi trzeba, pachnącej słońcem, wiatrem, świeżą trawą. Spacerów dalekich. Pikników w parku z dzieciarnią. Już planuję co będziemy zabierać do koszyka na spacery. Wiosny!

piątek, 25 lutego 2011

Trzy mąki

Są przepisy, które raz zobaczone zmuszają mnie do tego, żebym i ja zrobiła potrawę, której dotyczą. Tak było z chlebem żytnio-orkiszowym Liski. Zobaczyłam go na długo przed dietą. Ale wtedy nie miałam zakwasu, różnych rodzajów mąk w domu. Teraz zaległości nadrobione. Zakwas z każdym dniem silniejszy, jestem z niego dumna, bo sprawuje się grzecznie. W końcu mogłam wypróbować przepis na ten cudny chlebek. Nieco zmodyfikowałam, jako że mogę teraz używać mąk od typu 1850 wzwyż. Tak więc przepis jest nieco inny, ale niewątpliwie inspirowany chlebkiem Liski.


Składniki i wykonanie (dwufazowo):
100 g zakwasu żytniego
200 g mąki orkiszowej z pełnego przemiału
100 g wody

Wszystkie składniki wymieszać w misce, przykryć folią i odstawić na 12 godzin.

Następnie dodać:
200 g mąki żytniej razowej typ 2000
300 g mąki pszennej grahamowej typ 1850
300 ml wody
1 łyżeczka fruktozy
15 g świeżych drożdży
2 łyżeczki soli


Ciasto wyrobiłam mikserem (hakiem do zagniatania), a następnie  ręcznie. Konsystencję miało zwartą.  Wodę warto dodawać stopniowo, żeby nie przesadzić. Uformowałam kulę i przełożyłam ją do miski wysmarowanej dosłownie kilkoma kroplami oliwy. Przykryłam folią aluminiową i odstawiłam do wyrośnięcia na 1,5 godziny. W tym czasie ciasto wyraźnie zwiększy swoją objętość. Z wyrośniętego ciasta uformowałam okrąglutki bochenek i przełożyłam go do dużego durszlaka wyłożonego ściereczką porządnie oprószoną mąką.  Odstawiłam do ponownego wyrośnięcia na 40 minut. W tym czasie rozgrzałam piekarnik do 230C z blachą wyłożoną papierem do pieczenia. Wyrośnięty chleb jednym ruchem przełożyłam na rozgrzaną blachę. Przed zamknięciem piekarnika spryskałam jego ścianki wodą ze spryskiwacza. Piekłam 25-30 minut. Po 10 minutach zmniejszyłam temperaturę do 210C. Po upieczeniu chlebek jest rumiany, a stukanie od spodu wydobywa z niego głuchy dźwięk. Wystudziłam go na kuchennej kratce.  


Wyszedł pyszny, skórkę ma delikatną, cieniutką i chrupiącą. Miąższ zwarty. Pycha. Szymek zjadł 2 duże pajdy na sucho. Nie chciał nawet masła. Polecam!

sobota, 19 lutego 2011

Kuryzm domowy

Kurcze... Lubię to... Normalnie polubiłam być kurą domową. Daleko mi do pedanterii i szorowania sreber rodowych (inna sprawa, że dysponuję jedną srebrną łyżeczką). Ale lubię jak dom pachnie świeżo pieczonym chlebem (w chwili jak to pisze pachnie bułeczkami orkiszowymi, które właśnie wyjęłam z piekarnika). Lubię świadomość, że wiem co jemy. Że w salonie wiecznie suszy się pranie, bo tam najcieplej od kominka. Że mam czas na zabawę z dziećmi. Że dobrze mi w domu...
Tak mi się poukładało w życiu, że wszytko wyszło we właściwym czasie. Gdyby taka sytuacja dopadła mnie jak miałam 20 lat, klęłabym na czym świat stoi, że wszyscy się bawią, a ja biedna siedzę w domu i zmieniam pieluchy. Dlatego cieszę się niezmiernie, że wyszło tak jak jest. 
Chcę rzecz jasna wrócić do pracy, rozwijać się również poza domem. Najlepiej w czymś co lubię - fotografia, antropologia. Ale tytułowy kuryzm domowy chyba wszedł mi już w krew. Kiedyś było mi obojętne co i jak jadam. Ładne od święta, grunt żeby dobrze smakowało. Teraz lubię jeść smacznie, ale i ładnie. Staram się by przy okazji było zdrowo. Przez ostatni miesiąc wpadłam w nawyk czytania etykiet - składu. Ło matko, ale świństwa jadłam przez całe życie. No jasne że nie uniknę tego wszystkiego, ale mogą zmniejszyć. Ostatnio szybciej, łatwiej i taniej było mi upiec pieguski dla gości niż iść po nie do sklepu. Do tego były smaczniejsze i na pewno zdrowsze. Więc wolę karmić dzieci ciasteczkami by mama, niż takimi które mają więcej E niż mąki. 
Od kiedy wyremontowaliśmy kuchnię uwielbiam w niej być. Gotować, piec, wciągać Szymka w gotowanie, niedługo pewnie przyjdzie też kolej na Zuzkę.  Starej kuchni nie cierpiałam.
Jak zaczynałam blogować kulinarnie, to początkowo nie czułam się zbyt pewnie. Raczej naśladowałam, szukałam przepisów już sprawdzonych przez innych. Rzadko improwizowałam z przepisami na bloga, bo dla domowników często robiłam i robię coś z głowy. Teraz coraz częściej dzielę się tym, co wymyślę sama. Szukam dalej, oglądam, ale staram się do każdego przepisu wnieść choć troszkę siebie. I coraz częściej robię coś sama od podstaw. Na czuja. Tak powstały dzisiejsze bułeczki orkiszowe.

Składniki:
300g pełnoziarnistej mąki orkiszowej
100ml mleka do 1,5%
20g świeżych drożdży
100g jogurtu 1,5%
łyżeczka oliwy
1 łyżeczka fruktozy
1 łyżeczka soli


Wykonanie:
Drożdże skruszyłam do mleka i dodałam łyżeczkę fruktozy. Zostawiłam je w spokoju na 15 minut. Wymieszałam resztę składników w misce i wlałam do nich drożdże. Zagniotłam sprężyste gładkie ciasto. Odstawiłam do wyrośnięcia na 1,5-2 godziny. Po tym czasie podzieliłam ciasto na dwie części. Do jednej dodałam zioła (oregano, bazylię, zioła prowansalskie), drugą zostawiłam neutralną - żeby móc zjeść je chociażby z dżemem. Z każdej części uformowałam po 3 bułeczki. Ułożyłam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i odstawiłam do wyrośnięcia na 30-40 minut. Po tym czasie piekłam je w 200C przez 20 minut.

środa, 9 lutego 2011

Pomieszany chlebek

Otóż drodzy Państwo mój osobisty zakwas działa jak ta lala. Daję nieco spóźniony wpis, bo z chlebka upieczonego na zakwasie zostało może ze 3 kromki. Mieliście okazję zobaczyć kromeczkę pod pomarańczową konfiturą w poprzednim wpisie. Przepis MM-owo dietowy, wygrzebany z forum. Żeby nic nie namieszać w tym pomieszanym chlebie cytuję:


Przed przystąpieniem do działania szykujemy sobie dwie miski z zamykaną pokrywką.
W jednej przygotujemy namaczankę a w drugiej zaczyn.

Namaczanka 370 g: to namoczona dzień wcześniej mąka.

200g mąka pszenna razowa 1850 (lub orkiszowa typ 1850)
1/2 łyżeczki soli
170g mleka, maślanki, kefiru lub jogurtu (ja zwykle robię mix)

wszystkie składniki ładnie ze sobą łączymy i zamykamy w pudełko nr 1, odstawiamy na 12-24 h.

Zaczyn 460g:

60 - 70g płynny, aktywny zakwas (tzn. nie prosto z lodówki, nakarmiony min. 8 h wcześniej)
200 g mąka żytnia 2000
200 g letniej przegotowanej wody

Składniki na zaczyn dokładnie ze sobą mieszamy i zamykamy w pudełko nr 2. Ja zwykle czekam ok. 18 - 24 h


Ciasto na chleb:


namaczanka
cały zaczyn
60 g mąka żytnia (ja sypię w zależności od tego jaki chcę chleb - czasem orkisz, czasem żytnią)
1/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka oleju

składniki dodatkowe - można dodać podduszoną cebulkę, paprykę
na II fazie super z podprażonymi ziarnami słonecznika + siemię lniane


W dniu wypieku (czyli 18-24 h po zamknięciu namaczanki i zaczynu w pudełkach) wszystko ze sobą połączyć (namaczankę, zaczyn i pozostałe składniki) i dokładnie wymieszać. Po krótkiej przerwie wymieszać jeszcze raz (przy drugim mieszaniu jest czas żeby dodać składniki dodatkowe. Jeżeli zachodzi potrzeba można na tym etapie dodać odrobinę mąki lub wody. Pozostawić w przykrytym naczyniu na ok 1 h. Po tym czasie ciasto przełożyć do fory wyłożonej papierem. Chleb wyrasta ok. 4-5 h. Piekarnik nagrzać do 230 stopni. Po włożeniu chleba obniżyć temp. do 200 stopni i piec 45 min. Ja zwykle wyciągam chleb z formy i wkładam z samym papierem do piekarnika jeszcze na jakieś 10-15 min w temp. 120 stopni.

wtorek, 1 lutego 2011

Od początku mój!

Na początku był zakwas. Chociaż źle powiedziane - na początku był mój pierwszy zakwas. Zrobiłam wszystko jak kazali na jednej z mądrych stron o mące i chlebie. Cytuję:

Przepis na zakwas naturalny - żytni

Składniki : 
40 dag razowej mąki żytniej typ 2000, 
400 ml wody

Wykonanie:
1. 10 dag mąki przeznaczonej na rozczyn wymieszać ze 100 ml ciepłej (ok. 40C) wody, przykryć ściereczką i pozostawić na 24 h w temp. pokojowej ok. 25C
2. Kolejna porcję 10 dag mąki wymieszać ze 100 ml ciepłej wody i dodać do zaczynu z poprzedniej doby (który ma już lekko kwaśny zapach), wymieszać i nakryć ściereczką. Znów pozostawić w temp. pokojowej na ok 24 h
3. Do powstałego zaczynu wmieszać 20 dag mąki roztrzepanej w 200 ml wody o temp. 40 C, nakryć ściereczką i pozostawić na kolejne 24 godziny
Gotowy zakwas powinien być od razu użyty do wypieku chleba.

No i zastosowałam się do rad. Za ciepłe miejsce o tej porze roku robiły mi okolice kominka, w którym paliłam tak, żeby w pokoju było około 25 stopni. Masakra. No ale dałam radę. Pierwszego dnia zakwas milczał jak zaklęty.  Drugiego dnia dostał porcję mąki z wodą i naprał sił. Pojawiły się bąbelki, powolutku, ale skutecznie zakwas powiększał swoją objętość. Na tyle skutecznie, że wieczorową porą zauważyłam, że ściereczka na słoiku jest wybrzuszona. Okazało się, że pod moją nieobecność zakwas postanowił sobie wyjść ze słoika. Zamieszałam go i się uspokoił. Trzeciego dnia dodałam ostatnią porcję mąki, ale zakwas jakby się zawstydził i zasnął. Nie buzował już, nawet zapach był taki jakiś nijaki. Konsystencji był on ciastowatej raczej niż płynnej, wydawało mi się, że nie powinien być aż tak gęsty, no ale ja się tam nie znam. Po 24 godzinach więc, jak każe przepis zabrałam się do wypiekania chleba. Znalazłam taki oto przepis na tej stronie. I znów cytuję, bo przepis nie mój więc najlepiej jak będzie opisany słowami autora w/w strony:

Składniki:
500 g zakwasu żytniego
500 g mąki żytniej (najlepiej tej samej, z której jest zakwas)
200 g letniej wody
15 g soli (dość płaska łyżka stołowa)

Wykonanie:
Mieszamy wszystko dokładnie (uwaga: ciasto żytnie jest obrzydliwie klejące). (...) Należy uważać z dodawaniem wody – lepiej nie dodawać od razu wszystkiego, lecz po trochu, patrząc, czy ciasto jest wystarczająco miękkie. Jeśli doda się od razu całą ilość i będzie jej zbyt wiele, uzyskamy ciasto bardzo rzadkie, które być może da się uratować poprzez upieczenie go w foremce. Kombinacje z dodawaniem mąki mogą nie wyjść, więc lepiej dolewać po trochu. Ciasto z mąki żytniej nie musi być zbyt długo wyrabiane. Wystarczy je dobrze wymieszać, żeby nie było grudek, trochę wyrobić i odstawiamy je na jakieś 15-20 minut, żeby sobie odpoczęło. Teraz możemy włączyć piekarnik i podgrzać go do około 50 stopni, nie więcej. Jak się nagrzeje, to wyłączamy (można zostawić włączoną lampkę).
Po tych 15-20 minutach wyrabiamy ciasto raz jeszcze krótko, formujemy z niego kulę lub podłużny bochenek i układamy na blasze na papierze do pieczenia. Można teraz jeszcze nieco zwilżyć bochenek i wsuwamy do pieca, żeby wyrósł.
Ciasto można alternatywnie wlać do formy metalowej (kwasoodporna! lub wyłożona papierem do pieczenia). Pieczemy w tej samej foremce. Wtedy po upieczeniu chleb będzie bardziej przypominał chleb.
(...) Jeśli do ciasta nie dodamy drożdży piekarskich, to będzie ono wyrastało tylko siłą tej niewielkiej ilości dzikich drożdży, które powstały podczas hodowania naszego pierwszego zakwasu. Takie wyrastanie może potrwać nawet do 4-5 godzin! (...)
W trakcie wyrastania ciasta warto co jakiś czas zwilżyć jego powierzchnię wodą, bo w przeciwnym razie może zbyt mocno wyschnąć, stworzy się skorupa i po upieczeniu chleb będzie miał zbyt twardą skórkę.
Ciasto powinno około dwukrotnie powiększyć swoją objętość, wtedy nadaje się do pieczenia. Generalnie trudno wyczuć na początku, kiedy jest dobry moment na rozpoczęcie pieczenia, więc po prostu po około 4-5 godzinach można zacząć piec. Trudno wyczuć tym bardziej, że ciasto żytnie rozlezie nam się na blasze, taka jego uroda. W efekcie uzyskamy bardziej placek żytni niż chleb, ale smakowo będzie bez zarzutu.
W trakcie wyrastania w piekarniku powinna panować temperatura w okolicach 30 stopni. Podobno włączona żarówka potrafi dać tyle ciepła, żeby utrzymać taką temperaturę. (...)
Wyjmujemy blachę z naszym placuszkiem, nagrzewamy piekarnik do około 230 stopni C (około 450 F).
Krótko przed wsunięciem do pieca ciasto powinniśmy naciąć i możemy je zwilżyć. Chleb wsuwamy dopiero, jak piekarnik będzie nagrzany! Każdy piekarnik jest inny i trzeba znać swój, żeby dobrze piec. Generalna zasada w piekarnikach nowoczesnych jest taka, że chleb powinno się piec na dolnej szynie, żeby się nie spiekł od góry.
Piekarnik można nagrzewać z włączonym termoobiegiem, ale pieczemy bez termoobiegu, na włączonej górnej i dolnej grzałce!
Po wsunięciu go powinno się wygenerować parę w piekarniku – sprawa w domowych warunkach niełatwa. Można pod blachę z chlebem wsunąć drugą blachę i po wsunięciu chleba wlać na tą dolną małą filiżankę wody, można też spryskiwaczem rozpylić trochę wody w piekarniku (ale nie bezpośrednio na chleb).
Chleb pieczemy najpierw w temperaturze około 220-230 stopni przez około 10 minut. Nawilżanie powietrza ważne jest tylko w kilku pierwszych minutach pieczenia. Po 10 minutach obniżamy temperaturę do 200 stopni, po następnych 10 minutach do 180 stopni C (około 350 F) i pieczemy jeszcze jakieś 40-45 minut. Chleb jest upieczony, jeśli pukając w jego spód usłyszymy „pusty” odgłos. Można wykonać ten test, ale po około godzinie powinien być i tak upieczony (uwaga: długość pieczenia jest zależna od wielkości bochenka – im większy, tym dłużej trzeba piec).
Upieczony bochenek („placuszek”, jeśli nie piekliśmy w foremce) wyjmujemy i kładziemy na ruszcie – chodzi o to, żeby od spodu dochodziło do chleba powietrze. Bezpośrednio po wyjęciu możemy go spryskać wodą, żeby nabrał nieco połysku. Po odparowaniu wody można odczekać jeszcze chwilę i przykryć chleb czystą ściereczką – i czekamy aż ostygnie.

No i wzięłam swój zakwas i zaczęłam robić chleb. Zakwas był stanowczo gęsty. Zrobiłam tak jak każe przepis. Odstawiłam do wyrośnięcia i... nic. Oczywiście z nadzieją, że wyrośnie mi piękny jajowaty bochenek nie wsadziłam go w formę tylko ułożyłam na blasze. Otóż nie! Po czterech godzinach miałam płaski placek, twardy, niewyrośnięty. Po kolejnej godzinie stwierdziłam, że co ma być to będzie - piekę! No i upiekłam - piękną,  rumianą... cegłę, ale za to z pyszną chrupiącą skórką. Spokojnie mogło to robić za pocisk armatni, gdyby nie mało kulista forma. Chrupiącą skórkę mąż Trzaska obskubywał z zadowoleniem przez dwa dni. Zakalcowaty środek nie znalazł entuzjasty. No i tak wyglądał mój pierwszy chleb na zakwasie.
Ale ja, jak to ja, oczywiście nie poddając się jeszcze tego samego dnia nastawiłam kolejny zakwas, winy upatrując się nie w moich poczynaniach tylko w zakwasie. Zapewne dałam rade go jednak przeziębić, bądź też przegrzać. Zielonego pojęcia nie mam. Teraz zapewne nie dojdę. Może mąka jakaś nie teges była. Grunt, że nowy zakwas robiłam niemal tak samo, z tą różnicą, że użyłam mąki innej firmy i ostatnie dokarmienie podzieliłam na dwie porcje, tzn. nie dodałam 200g mąki i 200 ml wody na jeden raz tylko co 12 godzin karmiłam go 100g mąki i 100ml wody. Zakwas numer 2 bąbelkował do ostatniego dnia, może nie jakoś bardzo intensywnie, ale wyraźnie.  Miał konsystencję gęstej śmietany, ale można było go wlać do mąki. Do tego woniał fermentacją. Po 12 godzinach od ostatniego dokarmienia zaczęłam robić chleb. Wszystko  prawie tak jak za pierwszym razem. Z tą różnicą, że podzieliłam ciasto na dwie równe części i do wyrastania umieściłam je na obsypanej mąką ściereczce i w dużej durszlakowej misce, a drugą również na ściereczce i w koszyczku mało specjalistycznym, ale przepuszczającym powietrze. Tak przygotowane do wyrastania ciasto umieściłam w woreczkach plastikowych i wsadziłam do piekarnika. No i w końcu widać było efekty. Ciasto pracowało. Rosło ślicznie. Powiększyło się wyraźnie. Po 5 godzinach przełożyłam je ze ściereczek na blachę wyłożoną papierem. Resztę robiłam wg przepisu. Nacięłam ciasto, wsunęłam do piekarnika. Aby wygenerować parę wodną po wsunięciu ciasta wrzuciłam na dno piekarnika garść kostek lodu. Po godzinie wyjęłam dwa niewielkie bochenki. Były dosyć płaskie, ale w przeciwieństwie do pierwszego wypieku postukane od dołu wydawały głuchy odgłos. Ostudziłam je na kratce, a po 2 godzinach przekroiłam. Bochenki były płaskie, skórka twardawa, ale w środku zakalca nie było. W smaku chleb był naprawdę dobry. Reszta zakwasu stoi sobie w słoiczku na półce w lodówce i będzie dokarmiana raz na tydzień.
A oto mój płaski, pyszny, pierwszy chlebek od początku mój!


A tak w międzyczasie znajomy męża Trzaski powiedział mi, że jego małżonka podczas którejś wizyty mojego męża u nich proponowała mu stary,10letni zakwas, a on ODMÓWIŁ! Ech... faceci...

piątek, 28 stycznia 2011

Bułeczki zwierzaczki

Szukając przepisu na bułki razowe do diety zaczęłam poszukiwania oczywiście od pracowni wypieków. I zamiast na moje dietetyczne pieczywko trafiłam na świetne bułki wprost wymarzone dla mojego mało pieczywowego Szymka. Tak więc za Liską:

Składniki:
500 g mąki pszennej
170 g mleka
100 g wody
20 g świeżych drożdży (lub 1 łyżeczka suszonych instant)
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru
do posmarowania: jajko wymieszane z 2 łyżeczkami wody
do posypania: mak, sezam...


Wykonanie:
Z drożdży, cukru, 70 g wody i łyżki mąki robimy zaczyn. Odstawiamy, by "ruszył" - zajmie to ok. 15 minut. Następnie dodajemy pozostałe składniki i wyrabiamy gładkie ciasto - mleko wlewamy stopniowo. Jeśli okaże się, że ciasto jest zbyt zbite, dodajemy więcej wody.
Formujemy kulę, przekładamy do miski posmarowanej oliwą, przykrywamy i odstawiamy do wyrastania na ok. 1 godzinę.
Z wyrośniętego ciasta formujemy zwierzątka. Przykrywamy ściereczką, odstawiamy ponownie do wyrastania - rosną dosyć szybko, naszym zajęło t ok. 20-30 minut.
Nagrzewamy piekarnik do 200 st C.
Bułeczki smarujemy jajkiem, posypujemy dodatkami i wstawiamy do piekarnika. Czas pieczenia zależy od wielkości bułeczek i wynosi od ok. 15-20 minut.







Szymkowi co prawda było nieco żal wcinać zwierzątka, ale w końcu przekonał się, że to nie prawdziwe i bardzo smaczne. Na pierwszy ogień poszedł wąż. A zaraz za nim kot.  Żółw, z marszu nazwany Franklinem, chyba zostanie zasuszony, bo póki co Szymek nie zamierza go zjeść.

wtorek, 25 stycznia 2011

Drożdżowe kapuśniaki

Zaskakuje mnie to jak Szymek wcina te moje dietowe potrawy. Chyba nawet chętniej niż kupcze. Dziwię się, bo jak takie chociażby rogaliki, które wczoraj upiekłam z mąki razowej są dużo twardsze i mniej puchate niż kupcze kapuśniaki. A pochłonął całego rogala, aż mu się uszy trzęsły. Cieszy mnie to, bo żarcie dużo zdrowsze niż sklepowe pieczywo, za którym Szym w ogóle nie przepada. A rogaliki wyszły naprawdę smaczne. Przepis z forum MM ciut zmodyfikowany.


Składniki:
400-450g maki pszennej razowej
1 łyżeczka drożdży instant albo 20g świeżych
1 łyżka oliwy (odrobina oliwy w posiłkach węglowodanowych z tego co wiem to nie zaszkodzi, a pozwoli wchłonąć witaminy rozpuszczalne w tłuszczach)
1 łyżka fruktozy
1 łyżeczka soli
250 ml wody
odrobina mleka poniżej 1,5% do posmarowania rogalików
200gr. kapusty kiszonej
1 cebula
przyprawy do nadzienia - sól, pieprz, majeranek, kminek
kilka pieczarek, jak ktoś ma ochotę, ja akurat nie miałam w domu więc sobie odpuściłam, ale i tak było świetne

 

Wykonanie: 
400g mąki przesiać. Przesiewam nawet razową, żeby ją napowietrzyć nieco. Otręby które pozostają na sicie dodaję po przesianiu do mąki. Wymieszać ją z drożdżami, fruktozą, solą i oliwą. Mieszając dolewać powoli wody do czasu uzyskania dosyć zwartego ciasta. Niekoniecznie trzeba dodać całą. Jakby ciasto wyszło za rzadkie dodać mąki. Ciasto odstawić w misce pod ściereczką w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na minimum godzinę. Powinno podwoić swoją objętość.


W tym czasie przygotować nadzienie. Kapustę zalać wodą i ugotować do miękkości. Cebulę posiekaną w kostkę zeszklić na kropelce oliwy. Pokrojone pieczarki usmażyć. Ugotowaną kapustę wymieszać z cebulą, pieczarkami, i przyprawić. Ja ostatnio przekonałam się do nienawidzonego przez całe życie kminku. Najlepszy aromat ma po uprażeniu. Wrzucamy kminek na suchą patelnię i prażymy do czasu, aż ziarenka skaczą po patelni. Kminek przed dodaniem do kapusty można nieco zmiażdżyć w moździerzu. Wyrośnięte ciasto rozwałkowujemy na okrągły placek grubości około 1 cm. Tniemy po przekątnej ostrym nożem albo radełkiem do pizzy na 8 części. Na szerszym końcu nakładamy kapuścianego nadzienia i zwijamy w stronę wierzchołka. Układamy rogale na wyłożonej papierem do pieczenia blasze i odstawiamy do wyrośnięcia na 30-40 minut. Po tym czasie smarujemy rogaliki mlekiem i posypujemy kminkiem . Pieczemy 20-25 minut w 180 stopniach.

niedziela, 16 stycznia 2011

Fast Food

Wczoraj Szymonek skończył trzy lata. Kiedy to minęło? Patrzę teraz na czteromiesięczną Zuzkę i pamiętam jak dziś, jak to Szymek starał się jak najwyżej unieść głowę, jak robił wysiłki by usiąść. Jak gaworzył, śmiał się bezzębnym uśmiechem. A dziś biega z dzikim krzykiem, opowiada różniaste historie, czasem wgniata mnie w ziemię swoimi wywodami filozoficznymi, czasem bawi do łez, a czasem broi tak, że zastanawiam się jak to się dzieje, że dom jeszcze stoi. No grunt, że wczoraj były urodziny, no i impreza. Tort zamierzałam robić sama, ale wyręczył mnie w tym chrzestny Szymka przywożąc ogromnego tortowego mercedesa. Ale mam nadzieję, że pobawię się z tortami i masą cukrową przy innej okazji. Upichciłam jakieś zapiekanki na szybko, skrzydełka balsamico (przepis innym razem), a dla dzieciaków postanowiłam zrobić zdrowego domowego fast fooda w postaci burgerów. Co prawda przeliczyłam się z możliwościami jedzeniowymi 3 latków, ale rodzice chętnie dojedli. Do środka władowałam to co zwykle się do burgerów pcha, czyli warzywka, jakieś dipy, co kto lubi. Jako mięsko posłużyły kotleciki drobiowe: ugotowane mięso kurczaka zmieliłam w maszynce razem z cebulą i odrobiną czerstwej bułki, doprawiłam do smaku, dodałam sporo natki pietruszki, jajko i obsmażyłam na patelni. Banał.
Bułki które upiekłam do burgerów Mąż Trzaska określił jako lepsze od oryginalnych, mając zapewne na myśli te z fastfoodowni. Wyszły idealne, takie... hamburgerowe.


Składniki:
  • 700 g mąki pszennej
  • 200 ml mleka
  • 200 ml wody
  • 15 g drożdży świeżych
  • 3 łyżki roztopionego masła 
  • 1 łyżka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • jajko do posmarowania
  • sezam


Wykonanie:
Wszystkie składniki łączę w misce, drożdże dodaję bezpośrednio do mąki. Wyrabiam na stolnicy do uzyskania gładkiego, sprężystego, ale nie twardego ciasta. Zostawiam do wyrośnięcia pod ściereczką na ok. 1 godzinę. Wyrośnięte wyrabiam jeszcze chwilę i dzielę na 12 równych części, moje ważyły ok. 100g każda. Formuję z nich bułeczki. Naciągałam górną część ciasta pod spód, tak aby wierzch bułeczki był naprężony. Układam bułki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i zostawiam do wyrośnięcia pod ściereczką na kolejne 40 minut. Po tym czasie spłaszczam dosyć mocno wyrośnięte kulki, smaruję roztrzepanym jajkiem i posypuję obficie sezamem. Piekę 15 min. w 200 stopniach. 

czwartek, 6 stycznia 2011

Po lubelsku

Podstawówka, lata osiemdziesiąte... Długa przerwa... Pół klasy gnającej do pobliskiego spożywczaka po cebularza i kefir....
Dużo później dowiedziałam się, że cebularze to typowo lubelski wypiek. Trochę wiadomości historycznych i sam przepis zaczerpnęłam z tej strony:
Pierwowzorem cebularza był okrągły placek z ciasta pszennego, wypiekany na obszarze obecnego Bliskiego Wschodu już przed wiekami. Kroniki piszą, że pierwsze chleby miały kształt okrągłego placka wypiekanego z ciasta pszennego, co więcej w wielu Krajach Bliskiego Wschodu ta forma wypieku utrzymała się do dziś. Do Polski placki przywędrowały w okresie sprowadzenia Żydów przez króla Kazimierza Wielkiego. Wspólne życie obok siebie dwóch narodów, Polskiego i Żydowskiego pozwoliły na współpracę gospodarczą i wpłynęły na wzajemne przenikanie.
Tradycje lubelskiego piekarstwa sięgają okresu średniowiecza, a pierwsze wzmianki o cebularzu i przekazywanej z pokolenia na pokolenie recepturze tego wyjątkowego, wywodzącego się z kuchni żydowskiej placka, sięgają dziewiętnastego stulecia. Cebularze jako pierwsi zaczęli wypiekać Żydzi z lubelskiego Starego Miasta. Potem receptura rozprzestrzeniła się po całej Lubelszczyźnie. Przed wojną był wypiekany m.in. przez Żydów kazimierskich i zamojskich. Trudno jednoznacznie określić, kiedy lubelscy rzemieślnicy zaczęli wypiekać cebularze, faktem jest jednak, iż przysmak ten po wojnie szybko rozpowszechnił się w całym regionie. Piękny złocisty kolor, chrupiąca skórka oraz niepowtarzalny zapach sprawiają, że od lat na pierwszy kęs mamy chęć, gdy cebularz jest jeszcze ciepły, wprost wyjęty z pieca. Ten placek z cebulą nie ma sobie równych i cała Lubelszczyzna jest z niego tak dumna, jak górale z oscypka. 
 
 

Składniki:

Ciasto:
50 g drożdży
1 łyżka cukru
500 g mąki
1 szklanka mleka 

1 jajko
1 łyżeczka soli
60 g masła
 

Nadzienie:
2-3 duże cebule
3 czubate łyżki maku

2 łyżki oleju
szczypta soli



Wykonanie:

Nadzienie:

Cebulę do cebularzy przygotowujemy na dzień, dwa przed pieczeniem cebularzy. Pokrojoną w kostkę cebulę obgotowujemy chwilkę we wrzątku i odcedzamy. Gorącą wrzucamy do słoika, posypujemy makiem i solą i wlewamy olej. Słoik zakręcamy i wstrząsamy, by wszystko się dokładnie wymieszało. Po ostygnięciu wkładamy do lodówki. Dzięki takiemu potraktowaniu cebula jest słodka i miękka.

Ciasto:

Drożdże mieszamy z cukrem, 2 łyżkami mąki i częścią ciepłego mleka. Pozostawiamy do wyrośnięcia. Rozpuszczamy w garnku masło z resztą mleka. Wyrośnięty rozczyn i ciepłe mleko z masłem dodajemy do mąki z solą. Jajko roztrzepujemy i dodajemy do pozostałych składników zostawiając trochę na posmarowanie brzegów cebularzy (około łyżki). Wygniatamy ciasto tak, aby odstawało od ręki, w razie potrzeby dodajemy mąkę. Następnie pozostawiamy do wyrośnięcia na 60-90 min. Wyrośnięte ciasto dzielimy na 8-12 części. Każdą część wałkujemy na owalne placki. Kładziemy na blasze nasmarowanej cieniutka warstwą oleju i zostawiamy na 30-60 min. do ponownego wyrośnięcia. Po tym czasie brzegi placków smarujemy pozostawionym jajkiem. Następnie kładziemy porcje cebuli, rozkładając ją równomiernie po całym placku. Pieczemy w 200 stopniach do momentu, aż cebularze się zarumienią. Najlepiej smakują jeszcze ciepłe posmarowane masełkiem.